POBOCZA 11 - Kwartalnik Literacko - Artystyczny   NR 1 (11)
   STYCZEŃ 2003
   ISSN 1505-1676

Dekadencki urok Georga Trakla
Kolorystyka wierszy Georga Trakla
Z ostatnich listów G.Trakla (wybór):
o tłumaczu
wstecz






















































































































































































































































































































































Georg Trakl

Sebastian we śnie
(Sebastian im Traum)

Dla Adolfa Loosa

Matka niosła maleństwo w białym świetle księżyca
W cieniu drzewa orzechowego, pradawnego dzikiego bzu
Upojona sokiem z maku, skargą drozda;
I cicho
Pochylała się ze współczuciem
Nad tamtą
Twarz z zarostem

Cicho w ciemności okna; a stary sprzęt domowy
Ojciec
Leżał rozbity; miłość i jesienne marzenie.

A więc ciemny dzień roku, smutne dzieciństwo
Ponieważ chłopiec cicho stąpał w dół
Do zimnych wód, srebrnych ryb.
Spokój i oblicze;
Gdyż rzucił się przed szalone konie, by skamienieć
W nocy szarej nad nim szła jego gwiazda.

Albo kiedy on trzymał marznącą rękę matki
Przechodząc wieczorami przez jesienny cmentarz Świętego Piotra
Delikatny nieboszczyk cicho w ciemności izby leżał
A tamten zimno powieki nad nim unosił.

Jednak on był małym ptakiem na bezlistnej żerdzi
Dzwon długi w listopadowy wieczór
Cisza ojca,
Ponieważ on we śnie schodził kręconymi schodami zmierzchu.

2

Pokój duszy. Samotny wieczór zimowy,
Ciemne postaci pasterzy przy starej sadzawce;
Maleństwo w słomianej chacie;
Zanurzało się oblicze w czarnej gorączce
Święta noc.

Albo kiedy on trzymając twardą dłoń ojca
Cicho wstępował na mroczną Górę Kalwarii
I w świtających framugach skalnych
Błękitna postać człowieka szła przez swoją legendę
Z rany pod sercem purpurowa toczyła się krew.
O jak cicho wstał krzyż w ciemnej duszy.

Miłość; tam w czarnych zakamarkach śnieg stopniał
Niebieski wietrzyk ugrzązł w starym dzikim bzie
W sklepieniu cienia drzewa orzechowego
I chłopcu cicho pokazał się jego różowy anioł.

Radość; tam w chłodnych pokojach
Zabrzmiała wieczorna sonata
W brązowym drewnianym belkowaniu
Niebieski motyl wypełzał ze srebrnej lalki.

O, bliskość śmierci. W kamiennych murach
Schyliła się żółta głowa, przemilczając dziecko,
Gdyż w tamtym marcu zginął księżyc.

3

Różowy dzwon wielkanocny w sklepieniu grobowca nocy
I głosy srebrzyste gwiazd,
Żeby w dreszczach spadło ciemne szaleństwo
Z czoła śpiącego.
O jak cichy chód w dół błękitnej rzeki
Rozmyślający minione, gdyż w zielonym żerowisku
Drozd nawoływał obcego ku zachodowi.

Albo kiedy z kościstą ręką starca
Wieczorami przechodził przy rozpadającym się murze
I tamten w czarnym płaszczu niósł różowe maleństwo
W cieniu drzewa orzechowego zjawił się duch złego.

Dotykać ponad zielonymi stopniami lata
O jak cicho ginął ogród w brązowej ciszy jesieni
Zapach i melancholia starego dzikiego bzu,
Gdyż w cieniu Sebastiana konał srebrny głos anioła.

(z tomu: Sebastian im Traum)

Wiosną
(Im Fruehling)

Cicho spada śnieg z ciemnych kroków
W cieniu drzewa
Podnoszą różowe powieki kochający.

Wciąż podąża za mrocznymi nawoływaniami przewoźnik
Gwiazda i noc;
A wiosła cicho wystukują takt.

Naraz przy zwalonym murze kwitną
Fiołki
Tak zazielenią się cicho skronie samotnego.

(z tomu: Sebastian im Traum)

Nocą
(Nachts)

Błękit moich oczu wygasł tej nocy,
Czerwone złoto mego serca. O! Jak cicho paliło się światło.
Twój błękitny płaszcz objął osuwającego się;
Twe czerwone usta zapieczętowały zamroczenie przyjaciela.

(z tomu: Sebastian im Traum)

Helian
(Helian)

W tych samotnych godzinach ducha
Pięknie iść w słońcu
Do końca tych złotych murów lata.
Cicho rozbrzmiewają kroki w trawie; wciąż przecież śpi
Syn bożka Pana w szarym marmurze.

Wieczorami na tarasie upijaliśmy się brązowym winem.
Czerwonawo płonie brzoskwinia w listowiu;
Delikatna sonata, wesoły śmiech.

Piękna jest cisza nocy.
Na ciemnym planie
Spotykamy się z pasterzami i białymi gwiazdami.

Kiedy przyszła jesień
Ukazała się pusta przejrzystość w zaroślach
Ukojeni idziemy do czerwonych murów
A okrągłe oczy biegły za lotem ptaków
Wieczorem spada biała woda do grobowych urn.

W bezlistnych konarach triumfuje niebo.
W czystych dłoniach wieśniak niesie chleb i wino
I spokojnie dojrzewają owoce w słonecznych izbach.
O jak poważne jest oblicze bliskich nam umarłych.
Przecież dusza raduje się oglądaniem prawości.

Gwałtowne jest milczenie spustoszonego ogrodu,
Oto młody nowicjusz ozdobił czoło wiankiem brązowych liści,
Jego oddech pije zimne złoto.
Ręce dotykają starości błękitnawej wody
Lub zimną nocą białe policzki sióstr.

Cicho i harmonijnie przechodzi się przy przyjaznych pokojach, aż tam,
Gdzie jest samotność i szemranie klonu,
Gdzie być może nadal śpiewa drozd.
Piękny jest człowiek ukazujący się w ciemności,
Gdy porusza zadziwiająco ramieniem i nogami,
A w purpurowych oczodołach przewracają się ciche oczy.

Na nieszpory zatraca się obcy przybysz w czarnym listopadowym rozkładzie,
Pod zbutwiałym konarem, przy murach pokrytych trądem,
Gdzie przedtem chodził święty brat
Pogrążony w łagodnym dźwięku strun swego szaleństwa.


O jak samotnie kończy wieczorny wiatr,
Umierając pochyla swą głowę w ciemność drzewa oliwkowego,
Wstrząsająca jest zagłada płodzenia.
W takiej godzinie oczy patrzącego napełniają się
Złotem jego gwiazd.

Wieczorem ugrzęzło bicie dzwonów, ustał dźwięk,
Rozpadają się czarne mury przy placu,
Umarły żołnierz woła do modlitwy.

Blady anioł
Syn wstępuje do pustego domu swoich ojców.

Siostry poszły daleko do sędziwych starców.
Nocą znalazł je zaspany pod kolumnami w domowej sieni,
Powróciły z tragicznych pielgrzymek.

O jak sztywne od błota i robactwa ich włosy,
A on pośrodku srebrnymi stopami stoi,
I każdą umarłą wyprowadza z ogołoconych pokojów.

O wy psalmy w płomiennym deszczu o północy
Oto służący nakryli muślinem łagodne oczy,
Dziecięce owoce dzikiego bzu
Pochylają się w zadziwieniu nad pustym grobem.

Cicho toczą się pożółkłe księżyce
Nad rozgorączkowaniem młodzieńca,
Nim nadejdzie zima za milczeniem.

Wzniosłe przeznaczenie rozmyśla schodząc w dolinę Kidron
Gdzie cedr, łagodne stworzenie,
Rozwija się pod błękitną brwią Ojca
Przez pastwisko wiedzie nocą pasterz swoje stado.
Lub są to krzyki we śnie,
Kiedy spiżowy anioł w gaju przystępuje do człowieka,
Ciało świętego do cna topi się na rozżarzonym ruszcie.

Wokół lepianek puszcza pędy purpurowa winorośl
Dźwięczący tłumok pożółkłego ziarna,
Brzęczenie pszczół, lot żurawia.
Wieczorem spotykają się zmartwychwstali na skalnej ścieżce.


W czarnych wodach przeglądają się trędowaci;

Lub otwierają pokryte błotem draperie.
Skarżąc się balsamicznemu wiatrowi, który wieje z różowego wzgórza.

Smutne dziewki obmacują poszukująco uliczki nocy
Czy znajdą kochających pasterzy.
W sobotę rozbrzmiewa w chatach łagodny śpiew.

Niech pieśń nie zapomni też tego chłopca,
Jego szaleństwa, i białych brwi, i drogi umierania,
Przegniłego, który błękitne otwiera oczy.
O jak smutne jest to pożegnanie.

Stopnie szaleństwa w czarnych pokojach,
Cienie starców pod otwartymi drzwiami,
Oto dusza Heliana ogląda siebie w różowym lustrze
A śnieg i trąd spadają z jego czoła.

Na ścianach pogasły gwiazdy
I białe kształty światła.

Z dywanu schodzi szkielet grobów,
Milczenie spróchniałego krzyża przy wzgórzu,
Słodycz kadzidła w purpurowym wietrze nocy.

O wy zmiażdżone oczy w czarnych ustach,
Oto wnuk w łagodnych objęciach nocy
Samotnie rozważa ciemniejący schyłek
Cichy Bóg opuszcza nad nim niebieskie powieki.

(z tomu: Gedichte)

Do Novalisa
(An Novalis)

1 wersja
Święty przybysz, spoczywający w kryształowej ziemi
Z jego ciemnych ust Bóg wziął skargę,
Gdyż osunął się on w swoim rozkwicie.
Ze spokojem umierała jego lutnia
W piersi,
I wiosna rozsypywała przed nim swe palmy,
A on powolnym krokiem
Milcząc opuścił nocny dom.

(z: Nachlass, wers: I wiosna rozsypywała przed nim swe palmy; zamiast słowa "palmy" możliwe jest słowo "psalmy", nie wiadomo, czy zapis jest prawidłowy; W.T.)

Do Novalisa
(An Novalis)

2 wersja (a)
W ciemnej ziemi spoczywa święty przybysz
Bóg zdejmuje skargę z jego delikatnych ust,
Tutaj osunął się on w kwitnącym czasie.
Błękitny kwiat
Dalej żyje jego pieśń w nocnym domu boleści.

(z: Nachlass)

Do Novalisa
(An Novalis)

2 wersja (b)
W ciemnej ziemi spoczywa święty przybysz
W delikatnym pąku
Boski duch wzrastał w młodzieńcu
Pijana lutnia
I oniemiał w różowym kwitnieniu.

(z: Nachlass)

Przemiany zła
(Verwandlung des Boesen)

2 wersja
Jesień: czarne stąpanie na skraju lasu; minuta niemego niszczenia; czoło trędowatego nasłuchuje pod bezlistnym drzewem. Długo przemijający wieczór, który teraz opada nad stopniami z mchu; listopad. Jakiś dzwon rozbrzmiewa i pasterz prowadzi stado czarnych i czerwonych koni do wsi. W leszczynowej gęstwinie zielony myśliwy wypasa zwierzę. Jego ręce dymią od krwi i cień zwierzęcia wzdycha w listowiu ponad oczami człowieka, brązowo i milcząco; las. Wrony, które rozpraszają się; trzy. Ich lot podobny do sonaty, pełen wyblakłych akordów i męskiej melancholii; cicho rozpuszcza się złota chmura. Przy młynie chłopcy zapalają ogień. Płomień jest bratem bladości, a tamten śmieje się zakopany w jego purpurowych włosach; lub jest to miejsce mordu, przy którym biegnie kamienista droga. Zniknęły berberysy, latami śni się to w ołowianym powietrzu pod sosnami; strach, zielona ciemność, gardło jakiegoś topielca: z gwieździstej sadzawki rybak ciągnie wielką, czarną rybę, oblicze pełne okrucieństwa i obłędu.
Głosy trzciny, kłócących się mężczyzn z tyłu huśta ponad marznącą, jesienną wodą tamten na czerwonej łodzi, żyjący w mrocznych podaniach swego potomstwa, a oczy kamienne, otwarte przez noce i panieńskie lęki. Zło.

Co zmusza ciebie, by stać cicho na rozpadających się schodach, w domu twoich ojców? Ołowiana czerń. Co podnosisz do oczu srebrną ręką?; a powieki opadają jak upojone makiem? Jednak przez mury z kamienia widzisz niebo gwiaździste, Mleczną Drogę, Saturna; czerwony.
Jak w obłędzie bezlistne drzewo stuka w kamienne mury. Ty na rozpadających się schodach: drzewo, gwiazda, kamień! Ty, błękitne zwierzę, które cicho drży; ty, blady kapłan, który zabija je na czarnym ołtarzu. O, twój uśmiech w ciemności, smutny i zły, że dziecko blednie we śnie. Czerwony płomień wyskoczył z twej dłoni i ćma nocna w nim spłonęła. O,flecie światła; o flecie śmierci. Co zmusiło cię, byś stał cicho na rozpadającym się stopniu, w domu twoich ojców? Tam na dole puka do bramy anioł kryształowym palcem. O, piekło snu; ciemna uliczka, brązowy ogródek. Cicho pobrzmiewa postać umarłego w błękitny wieczór. Zielony kwiatek pokazuje czarnoksięskie sztuczki i postać utraciła swe oblicze. Albo pochyla się on blado nad zimnym czołem mordercy w ciemnej sieni domu; adoracja, purpurowy płomień rozkoszy; umierając tam, śpiący potknął się o czarny stopień i runął w ciemność.

Ktoś opuścił cię na rozstajach dróg i oglądasz się długo za siebie. Srebrny krok w cieniu karłowatych jabłonek. Purpurowo świeci owoc w czarnym żerowisku i w trawie wąż zmienia skórę. O! Ciemność; pot, który wstąpił na lodowate czoło i smutne marzenia w winie, w wiejskiej karczmie pod czarno wypalonym belkowaniem. Ty, jeszcze pustkowie, różowa wyspa, wyczarowana z brązowej chmury tytoniu i przyniesiona z wnętrza dzikiego krzyku gryfów, kiedy on po te czarne rafy pędzi w morze, sztorm i lód.
Ty, zielony metal i wewnątrz ognista twarz, która chce iść tam i śpiewać z pagórka, gdzie są kości, o ciemnych czasach i płomienistym upadku anioła. O! Zwątpienie, które z niemym krzykiem zwala na kolana.
Umarły przychodzi do ciebie w odwiedziny. Z serca sama toczy się krew i w ciemnej brwi gnieździ się niewypowiedziana chwila; ciemne spotkanie. Ty - purpurowy księżyc, ponieważ tamten zjawi się w zielonym cieniu drzewa oliwkowego. Za nim idzie nieprzemijająca noc.

(z tomu: Sebastian im Traum)
Georg Trakl
przekład z niemieckiego: Wiesław Trzeciakowski

Wstecz