* POBOCZA * OBROBJA * KRAJNICE * RUBOVI * POBOCZA * OBROBJA * KRAJNICE * RUBOVI * POBOCZA *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny   NR 1 (27)
   MARZEC 2007
   ISSN 1505-1676
szkic


wstecz

Andrzej Lam

Wiersze Jana Twardowskiego z lat 1932-1959

      Jakby przewidując późny odbiór swojej poezji, Jan Twardowski napisał w młodzieńczym Wierszu do Cypriana Norwida: "Zamknijcie oczy przed Jutrznią - nie czas się Jutrzni spodziewać - niech długo śnią nam się jeszcze spokojne noce i drzewa"1. Okres twórczości Twardowskiego między debiutem w "Kuźni Młodych" a pierwszym powojennym książkowym wydaniem Wierszy przebiegał w ciszy, choć zawsze istniały związki literackie i przyjacielskie, gromadka czytelników i partnerów do rozmowy o powstających wierszach. W pięć lat po debiucie prasowym, w 1937 roku ukazał się nakładem księgarni F. Hoesicka tomik Powrót Andersena, zawierający siedemnaście wierszy, z których ledwie jeden pochodził z piętnastu opublikowanych wczesniej w "Kuźni Młodych" i dwa spośród zamieszczonych w "Pionie". Po wojnie ksiądz Twardowski ogłosił, głównie w "Tygodniku Powszechnym" (z przerwą w latach 1953-1956), ponad sto utworów, z których trzy czwarte weszło do tomiku Wiersze, wydanego w 1959 roku przez poznańskie "Pallotinum". I dopiero po dłuższej przerwie, w 1970 roku, "Znak" wydał kolejny tomik - Znaki ufności, otwarty garścią wierszy z poprzedniego. Kiedy ukazał się Powrót Andersena, autor miał dwadzieścia dwa lata, w roku wydania Wierszy - czterdzieści cztery.
      Kiedy właściwie Jan Twardowski zaczął pisać wiersze? Niepewną odpowiedź daje utwór o tajemniczym tytule cyfrowym: 1926701356 (KM 1933,7), przypominający młodego Czechowicza, jeszcze z czasów futuryzującego "Reflektora": eksperymentator wbija spojrzenie w nocne niebo jak cyrkiel, szuka siły marzeń w logarytmicznych tablicach, odmierza ekierką kąt ostry i rozwierając ramiona przemienia się w trójkąt, bicie serca przyrównuje do stukania zegara, swoją wagę określa liczbą 56 kilogramów, a wzrost niewiadomą x. Ponieważ ostatnie cyfry tytułu to właśnie liczba 56, zachęca to do poszukiwania innych szyfrów: wtedy może początkowe 1926 oznaczałoby rok jego powstania lub przynajmniej projektu; autor miałby wtedy jedenaście lat i byłby to jego najwcześniejszy znany wiersz. Te techniczne metafory szybko zanikły, pozostawiając jedynie tu i ówdzie ślady, np. w ekspresjonistycznym zwrocie: "Nagle - krzyk - rzut wahadła ze stali w kobaltową ciszę kolorów", lub w kubizującym obrazie: "księżyc - stożek jasnego lapisu"2. Bo już tramwaj z nieprzedrukowanego dotąd wiersza Pierwsza klasa (KM 34,18) - wspomnienia pisanego przez siódmoklasistę: "z tornistrem podróż do szkoły kolorowym, śmiesznym tramwajem" - nie jest futurystycznym sztafażem, lecz po prostu częścią świata młodego ucznia, obok tornistra, bułki z masłem, dwói z rachunków, pierwszego wiersza i lektury Karola Maya. Do Gimnazjum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie autor wstąpił w 1927 roku, a zatem i ta wzmianka zdradza, kiedy zaczął pisać wiersze.
      Sąsiadują wówczas ze sobą dwa style języka lirycznego: łańcuchy śmiałych, prowokujących wyobraźnię, niełatwych w odbiorze metafor obok prostoty czułego, jakby szeptanego języka poufałych zwierzeń. Rozpiętość między nimi, z przewagą poetyki awangardowej, jest początkowo ogromna i stopniowo proporcje zmieniają się na rzecz mowy komunikatywnej, staffowskiej i franciszkańskiej z ducha, nigdy wszakże nie rezygnującej z zaskoczenia, z niespodzianki nieoczywistości3. Ta ewolucja poetyki była świadoma, potwierdza ją wiersz List czytelników do poetów (KM 35,4), gdzie wyśmiane są wiersze ulegające manierom i wyrażone zostaje życzenie: "my chcemy tylko po cichu, my chcemy jakoś... tak prosto / w niewyszeptanych słowach odmawiać wciąż samych siebie". Ale jest też zrozumiałe, że zanim się znajdzie sposób "odmawiania samego siebie", trzeba wypróbować różne wzorce, szczególnie te, które sprawdzają się w torowaniu drogi nowej poetyce. Pod tym względem uczeń-poeta miał doskonałe rozpoznanie, czemu dał też wyraz w prowadzonej przez siebie rubryce "Poradnik literacki", nie ograniczając się do lapidarnych odpowiedzi w rodzaju: "utwory kolegi Erwina Axera są zupełnie dobre". Niektóre z tych porad są małymi wykładami poetyki, np. stwierdzenie, że dzisiejsza poezja nie potrzebuje "rzeźby zewnętrznej" i regularne metrum i rymy nie są w wierszu konieczne (KM 33,14), czy uwaga o potrzebie różnorodności stylowej: "...w poezji nie ma mowy o metodzie. O ile uczony powinien stać na gruncie prawd dowiedzionych - o tyle poeta jest wolny od wszelkiego rodzaju prawa, krępującego jego swobodę. Styl nie może być we wszystkich utworach jednakowy - musi zgadzać się zawsze z samą treścią wiersza. Jeżeli ktoś chce wyrażać jakieś gwałtowne uczucie, to nie może pisać zwięzłym, ciągłym, historycznym stylem" (KM 33,15).
      W innym numerze osiemnastoletni redaktor powołuje się na tezę Peipera, że rytm musi pozostawać na usługach zdania, a stosunek nowatorstwa do tradycji w obrębie awangardy lat trzydziestych określa cytatem, który można uznać za klasyczny: "forma nowa, przeznaczona do zastąpienia dawnej, nie prowadzi do całkowitego jej zaniku, lecz asymiluje ją, wchłania i dzięki tej dawnej formie sama nabiera sił" (KM 34,3). Do Peipera zdają się również nawiązywać uwagi o metaforach, które "...przez swój eliptyczny charakter i zdolność wywoływania odpowiednich asocjacji zmuszają czytelnika do pracy umysłowej, do pewnego wysiłku...", przy czym ich zdolność znaczeniotwórczą autor stopniuje, od konwencjonalnego wzmocnienia jakiejś cechy przedmiotu, przez poszerzenie kręgu asocjacji, po rodzaj najwyższy, kiedy przenośnie "zlewają się z omawianym przedmiotem", a więc następuje synteza osobnych dziedzin rzeczywistości (KM 34,16). W wykształcaniu tego nowego typu metafory, którą można by nazwać integralną, najbardziej pomocna okazywała się poezja Józefa Czechowicza, okrzykniętego w anonimowej recenzji z tomu W błyskawicy "czołowym poetą najmłodszej Polski, najlepszym poetą awangardy" (KM 34,11).
      W tym samym numerze redaktor "Poradnika literackiego" opisywał swoje wrażenia z lektury Czyhania na Boga Tuwima: "Szukam tej "Nowej Poezji" - która by objawiła się światu "ognia manifestem" - szukam i nie mogę znaleźć. Tej poezji, o której Tuwim mówi, w Teofanii nie stworzył - na pewno nie stworzył. Ta poezja jednak musi nadejść. (...) Ktoś z nas, z naszego pokolenia, ktoś, kto jak my urodził się w wolnej Polsce - będzie tym nowym budzicielem Jutra. Przyjdzie i pchnie poezję na nowe, wspaniałe tory. Ten ktoś będzie miał oczy płonące i ramiona żelazne - porwie nas i zachwyci". Wymowne jest to oczekiwanie na nową poezję, i więcej, chęć jej tworzenia, wypowiedziane przez młodego poetę, który czytał wszystko, co w ówczesnej poezji było istotne4. Przeprowadzał też wywiady z wybitnymi poetami, z Kazimierzem Wierzyńskim (KM 34,1-2) i z Leopoldem Staffem (od którego chciał usłyszeć, dlaczego "w poezji nowoczesnej rzadziej spotyka się głębię religijną...", KM 34,11). Wkrótce zaś powiedział wyraźnie: "Takie pragnienie, taką tęsknotę - miała chyba ta obłąkana garstka apostołów, która wyszła z Emaus…" (KM 34,15). O gruntowności lektur poety świadczy nazwanie "cudownym" wiersza Bolesława Leśmiana W dwoistej łodzi - co stanowi pewną zagadkę dla filologa, jeśli zważyć, że wiersz ten ukazał się pod wymienionym tytułem w "Tygodniku Ilustrowanym" 1910 nr 15, zaś w debiutanckim tomie Sad rozstajny (1912) występował już jako Szmer wioseł. Wywarł on wpływ na Twardowskiego przez paradoks dwoistości-jedności podmiotu, o czym wypadnie powiedzieć później.
      Metafory tej uczniowskiej, niespodziewanie dojrzałej poezji, z pewnością najciekawszej wśród pojawiającej się w rubryce "Młode pióra", zwracają uwagę śmiałością i siłą wyobraźni. Służą one liryce sytuacyjnej, umieszczonej w świecie przyrody i mieszkalnego wnętrza, poszukującej prawd głęboko ukrytych, rozpiętej między samotnością i potrzebą wspólnoty, zamyślonej, z częstym zwrotami w drugiej osobie do siebie samego, do kogoś bliskiego lub do słuchaczy: "Nocą klękasz i znaleźć chcesz Boga - / potem w oczach strach nosisz i łzy"5; "Wieczorem na mnie spojrzycie i duszę moją poznacie - Wtedy gdy nic wam nie powiem - wtedy gdy nigdy nie wrócę"6. Zdarzają się obrazy wizyjne, o płynnych konturach, budowane długą muzyczną frazą, jak w Topieli: "Któż po ostrzu pionów zielonych spłynie na dno muzyką daleką... / (melodiami zakończą się w nocy twoje ręce białe nad rzeką)", nierzadko ujętą w rygor heksametru, jak w leśmianowskim obrazie zapadającego zmroku: "czerwona lampa zagaśnie i srebrem w stół się wpromieni"7, lub w nadrealistycznym przenikaniu się światów: "Znowu noc się o lampy podarła - w srebrnych kloszach została gwiazd zieleń / znowu zegar godziny nawleka - plątające się frędzle obrusu"8. Wiersz, otwarty tą frazą, jest najbardziej tajemniczy: kołysząca się za oknami Newa zapowiada wizję Rosji, oznaczoną motywami fal bijących o łodzie, krzyżowanych Chrystusów, "gwoździami krwi" na bruku, okrzyków i pieśni maszerujących tłumów, czyli Rosji zbolszewizowanej, na którą nakłada się jesieninowsko-chagallowski pejzaż złotych cerkwi i srebrnych rozpłakanych ikon wśród łąk, drzew i stawów. W finale pojawia się kino, może więc jest to reminiscencja oglądanego filmu, może też pamięć opowieści rodziców z czasów zesłania w głąb Rosji w latach 1915-1918, do czego zdaje się nawiązywać końcowa metafora: "szukać siebie - wyświetlanej kliszy - w cichym śpiewie nadchodzących przemian". Wiersz kojarzy wyciszenie wewnętrzne z grozą dziejącej się historii, i jest pod tym względem wyjątkowy.
      Wizje katastroficzne w poezji polskiej lat trzydziestych tworzą świat zamkniętej perspektywy - i poezja Jana Twardowskiego mieści się w tym horyzoncie. Tonacja wielkiego żalu rozbrzmiewa w wierszach o przedwczesnej śmierci: w Topieli, ze sceną pogrzebu młodego topielca, i w Opowiadaniu o zmroku, heksametrycznej nowelce o matce, która oczekuje córki, zranionej samobójczym strzałem, i otrzymuje wiadomość o jej śmierci9. Takie nastroje nie kłóciły się z wypełniającymi łamy pisma hasłami ofiarnej pracy dla Polski, w duchu wskazań Adama Skwarczyńskiego, który był duchowym patronem "Kuźni Młodych". W poezji Twardowskiego pojawia się światło nadziei: "o milę od nas jest przepaść i nikt się jej nie spodziewa / obudź się. Czekaj na Niego. Wszyscy czekamy na Kogoś...." (O dziwna moja tęsknoto... ), tak jak Miłosz zapowiadał w nieco późniejszym wierszu O młodszym bracie nadejście zbawcy : "a jeśli na nas grom - ocali co kochamy". Przeciwwagą mrocznych przeczuć jest kraina poezji, arkadia dzieciństwa, miejsce szczęśliwe: "Rozplotą się w wieczór marzenia po dawno umarłych antenach - / strych stary, pachnący sianem, przypomni tysiące przeżyć - / pamiętasz maleńką Dorrit... pamiętasz baśń Andersena - / szło się tym słowom naprzeciw i w wiersze chciało się wierzyć..." (Powrót). Już wtedy pojawia się też zadomowiony w poezji Leśmiana i znany z Czechowicza motyw zdziwienia samym sobą, niepewnej tożsamości, zwielokrotnienia ról: "kim jesteś ty, co tak piszesz i moje nosisz nazwisko?". Wiersz ten tłumaczy, czym był późniejszy Powrót Andersena: odnalezieniem baśni w życiu takim, jakie ono jest, wielkości w małym, wzniosłości w przyziemnym, bogactwa w ubóstwie10.
      W "Kuźni Młodych" znalazł się Twardowski w gronie rówieśników próbujących swych sił w literaturze i stał się ich nieformalnym autorytetem również jako zawiadujący w roku szkolnym 1933/34 "Poradnikiem literackim" i przewodniczący Komisji Poradnikowej, a na początku roku następnego autor krótkotrwałej rubryki "Rozmawiamy o poezji". Nie miejsce tu na charakterystykę piór poetyckich, które przewinęły się przez "Kuźnię Młodych" i potem wyraźniej zaznaczyły się w przestrzeni literackiej, jak Ryszard Matuszewski, Jan Kott, Ryszard Kiersnowski, Tadeusz Zelenay, Jerzy Pietrkiewicz, Erwin Axer, Wojciech Żukrowski, Tadeusz Hołuj, Witold Wirpsza11. Należeli oni do różnych efemerycznych, często lokalnych ugrupowań i nie wiązała ich żadna wspólna poetyka (przy nazwisku Twardowskiego tylko raz pojawiła się nazwa grupowa "Zarzewie", KM 34,15), zwraca jednak uwagę znaczny udział poetów z Lubelszczyzny, których zaprezentowano osobną kolumną. Z Chełma Lubelskiego pochodzili Wacław Iwaniuk i Wacław Mrozowski, należący do szkoły poetyckiej Czechowicza12 i późniejszy opiekun jego spuścizny. Zaliczeni zostali do tej szkoły również Józef Łobodowski, Czesław Janczarski, Stanisław Piętak, Jan Śpiewak i najmłodszy reprezentant - Jerzy Pleśniarowicz. To od niego otrzymałem w 1975 roku wzruszający dar: jeden z nielicznych egzemplarzy Powrotu Andersena - i nie miałem odtąd wątpliwości, że w kręgu czechowiczowskim jest ważne miejsce dla jego autora.
      W wierszach z Powrotu Andersena mocniej zaznaczyła się liryka sytuacyjna, niekiedy nawet fabularyzowana, zagęściły się motywy otwartego pejzażu, wiejskiego i małomiasteczkowego, oznaczonego teraz toponimami, jak w wierszu O miłości dobrzyńskiej czy Sklep w Drobinie13. Jest też wiersz o Warszawie, z profetycznym tytułem Ludziom odlatującym - po przywołaniu "Polski pachnącej w lipach Czarnolasu" pożegnanie Zamku, kolumny Zygmuntowskiej i pomnika Mickiewicza, może po prostu refleks wyjazdu na wakacje, ale w świetle późniejszego doświadczenia brzmiący jak przeczucie katastrofy: "choćby przyszło oczy wam złożyć / choćby przyszło na zawsze zasnąć / odblask murów na rękach zostanie / smutna cisza świętojańskich ulic / po odlocie będziecie Warszawę / w snach dalekich do ust jeszcze tulić". Olśnieniu pięknem świata towarzyszy nieodmiennie boleść - bo więcej niż smutek - przemijania, z natrętnie wracającym motywem zegara, na tle zwyczajności ludzi, przedmiotów i sytuacji otwiera się głębinowa perspektywa, jakby ziemia usuwała się nagle spod stóp. Tak jest w wierszu Sklep w Drobinie: "niski sklepik z kolorową włoszczyzną", "już od siódmej zaczynają kupować / miasteczkowy rozgadany tłum", i potem jakiś pan Bardczak (raczej: Bartczak, takie nazwisko występuje w okolicy), może właściciel, boi się sypiać z rodziną "w łóżkach - w łodziach w noc spadających w dnia nowego nieuchwytne dno". Język reportażu ustępuje miejsca kreacji onirycznej, przypominającej poezję Czechowicza i prozę Schulza. Sygnatura wzoru widnieje w zwrocie "senne półżycie", przeniesionym do wiersza Śnieżka z wiersza Czechowicza przez kresy, i w obu utworach oznaczającym porę zmierzchu. Takie ślady można też dostrzec w prześwitywaniu balladowej niesamowitości (wzmocnionej aluzją: "to dzień biały / to miasteczko") przez arkadyjską scenerię, w melodyjności mowy, w pozornie uspokajającym wezwaniu: "przyjacielu nie obawiaj się" (u Czechowicza: "czegóż się bać", Na wsi), w istnieniu "na krawędzi życia i snu" z Wiersza o chłopcach z obozu, w pytaniu wędrujących braci: "czy to życie jest czy tylko sen".
      Właśnie ów stan marzycielskiego półsnu, otwierający pole wyobraźni stwarzającej, wyraża się metaforą, którą nazwaliśmy integralną, kiedy różne sfery rzeczywistości - wnętrze mieszkalne, otwarty pejzaż, ludzka obecność - przenikają się tak ściśle, że każda, zatracając swój pierwotny kontur, współuczestniczy w kreacji. Tak jest w ekspresjonistycznym obrazie prowincjonalnego sklepiku: "wtedy księżyc okna otwiera zawalone północą drzew / i oprawia w drewno podłogi kroków brudnych nanoszoną krew", lub w nocnej scenie miłosnej na dobrzyńskiej skarpie wiślanej: "rąk biały powiew / po lasu zielonych strugach / przez spuszczone warkocze drzew / ust czerwonych płonęła smuga". Leśmiana przywodzi na myśl fraza: "las odgarnia jezioro drzewami po nim wiodąc". W arkadyjski pejzaż wnika inna rzeczywistość, budzi się potrzeba głębszego zrozumienia piękna i grozy świata, także doznanie religijne: "i nagle wszystko ominąć / Chrystus targa się w gwoździach jak przybity do krzyża wiatr / ojczenaszów dzikie pnące wino" - wizja nadciągającej procesji.
      W wielekroć już cytowanej recenzji Czechowicza z Powrotu Andersena, napisanej na podstawie nadesłanego mu egzemplarza z dedykacją: "Kochanemu poecie", przywódca drugiej awangardy dostrzegł w autorze bratnią duszę, nazywając go "piewcą prowincji, jej marzycielskich uroków, śpiewakiem codziennych baśni, które w miasteczkach i po wsiach mają siłę ze słowa stać się ciałem, a może raczej na odwrót, z ciała zdarzeń stać się słowem poety", i próbował dookreślić smutek tych wierszy: "Może miłość. Może żal za minionym dzieciństwem, które Twardowski tak serdecznie i tak lirycznie wspomina, może próba obrony przed ostrym jak topór światem, który jest ponad siły marzyciela, i może pozór spokoju jest projekcją tęsknoty do tego, czego brakuje..." Odczytał też podłoże egzystencjalne w rozterkach mieszkańca leśniczówki (z wiersza o tym tytule), zaszytego w ustroniu niegdysiejszego poety, cytując jego wypowiedź: "ja nie byłem nigdy poetą nie lubiłem poezji jak snów / tylko lęk swój przed śmiercią składałem w skamieniałe naręcza słów"14. Ta ucieczka od zgiełku świata w samotność miała się zrealizować inaczej, leśniczówka na kresach stanowiła figurę czegoś ogólniejszego.
      To były jakby próby własnych możliwości, stłumione potem przez wojnę ogniska wykształcania się oryginalnej poetyki. I na tym tle pytania o własną tożsamość, w dwóch zwłaszcza wierszach z tomiku: O braciach, którzy pytali się samych siebie i Wiersz o mieszkańcu dwóch miast (oba przedrukowane ze zmianami po wojnie15). Pierwszy to rozbite na dwa głosy solilokwium, pytanie o pełnię życia i o ofiarę, bezpowrotna, porzucająca "zatrzaśnięte na krzyż okiennice" wędrówka czerwcową nocą przez wzruszony w posadach świat: "las się chwieje jakby stał na Wiśle" - chciałoby się powiedzieć: prefiguracja poezji Baczyńskiego16. W drugim pojawia się pytanie: "czy to prawda że istnieją dwa światy / może jeden a nas tylko dwóch", odjazd z miasta snów i przybycie - do pustki, z kołataniem klamki w pustej bramie.
      Potem była dłuższa przerwa w publikowaniu - może też pisaniu - wierszy17, po maturze zaawansowane studia polonistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, udział w Powstaniu, seminarium duchowne, uniwersytecka teologia i magisterium polonistyczne u profesora Wacława Borowego w 1947 roku, na podstawie pracy o Godzinie myśli Słowackiego. Zaczynała się ona wyznaniem osobistym: "Pisząc o "Godzinie myśli", nie mogę pozbyć się bardzo dawnego sentymentu do utworu, chociaż znam dojrzalsze fazy twórczości poety. Młodzieńczość utworu dodaje mu uroku i świeżości. Nawet moje teologiczne studia nie zraziły mnie do mistyki "Godziny""18. Potwierdzenie tego wyznania znalazło się też w części interpretacyjnej, gdzie akcent padał na "smutek rzeczy minionych, rozpamiętywanych w skupieniu z okresu dzieciństwa" i "stosunek do przyrody jako pocieszycielki po ciągłych, obrażających i bolesnych starciach z ludźmi". Mógłby to przecież powiedzieć autor także o sobie, skoro wyliczając obowiązki nałożone przez nową sytuację, zalecił - nie całkiem żartobliwie - "bić mądralów z zadartą głową / co chcą wszystko na nowo, na nowo"19.
      Podczas wojny ukazał się tylko jeden wiersz: O tej łzie, co na końcu padła, w krakowskim, wydawanym na powielaczu "Miesięczniku Literackim"20. Obecne tu apostrofy do dziewczyny z bolesnym wspomnieniem rozstania, na tle motywów kościoła, surowego wzroku księży, przewracanych kart mszału i kaptura nad głową w czasie mszy, nieodparcie kojarzą się z nowicjatem - ale według źródeł wstąpienie autora do seminarium duchownego przypada dopiero na rok 194521. Wśród wierszy okupacyjnych zwracaja uwagę szczególnie trzy: Że właśnie taki dzień..., Kolumna Zygmunta i Matka Boska Powstańcza22. Jezus i Matka Boska dzielą los ludzi i miasta: Jezus jest "maleńki, opuszczony, w powstaniu obtłuczony", Matka Boska - "Najświętsza, utracona, z rozkazami spalona". Ale właśnie dlatego, że łączą się z ofiarą życia powstańców i męczenników, dają najpewniejszą rękojmię pamięci i pociechy, wbrew tym, którzy po klęsce zwątpili w opatrzność. Pan Jezus powtarza ze smutkiem, jako refren kolejnych zwrotek: "Rzucisz mnie", jakby ponawiał przepowiednię daną św. Piotrowi - i domyślną odpowiedzią jest zaprzeczenie, nie wolno bowiem rzucić kogoś, kto bez pomocy zginie. Chodzi nie tylko o wierność religii, wyrzut został wypowiedziany także w imieniu powstańców. Tak samo uczucie do Matki Boskiej staje się nieodłączne od powstańczego doświadczenia i zobowiązania, zarazem żołnierza wobec Bogurodzicy i dziecka wobec matki: "broń bym zdobył dla ciebie, o głodzie wędrował, potajemnie orzechy na ołtarz ci rwał", może też wobec dzielącej wspólny los dziewczyny: "z Tobą twarz zapłakana, z Tobą bitwy do rana / i uśmiechy i sen na kamieniu". Wiersz Kolumna Zygmunta, pisany w czasie, kiedy kolumna jeszcze stała, i ogłoszony, kiedy istniał po niej tylko bolesny ślad, włączał poetę w krąg piszących rówieśników23:

                        A wojna nam się dłuży i lata tak lecą,
                        ciemność w okna zapadła rolet czarną burzą,
                        więc gdy wiersze piszemy, krwawimy je świecą
                        i oczy nam się senne jak pod hełmem mrużą.

      W Piosence o Powstaniu (TP 46,16) dominującą tonacją jest rzewność wspomnienia, ułożonego w sekwencję równoważników zdań siedmiozgłoskowca, jakby echo piosenki: "Powstanie chłopców pełne, / powstanie pełne snów...", bez prób heroizacji, z wymienioną naiwnością i głupotą, śmiechem Niemców i grzechem Londynu, ze świadomością, że "rozsądni to wyśmieją", a więc nie bez odwołań do toczącej się wtedy - nie całkiem uczciwie, bo w warunkach cenzury - dyskusji o Powstaniu, ale z wiernością wobec ówczesnych nadziei: "I Polska, która wzejdzie / z serc tamtych, z tamtych rąk", i z akcentem osobistym, inwokacją do matki i wspomnieniem poległego na Starym Mieście przyjaciela24. Doświadczenie to, towarzyszący mu ból z pewnością współuczestniczył w podjęciu decyzji, aby pójść za głosem powołania. Powiernicą tego postanowienia staje się Matka Boska, co najgłębiej i najprościej wyraża Wiersz do Najświętszej Panny, będący zarazem przykładem największej tajemnicy poezji księdza Twardowskiego: jak stylizacja języka poetyckiego na rozmowę, z kimś lub z samym sobą, przydaje sprawom tak prostym, że wręcz na granicy banału, zdolność czystego wzruszenia25.
      Dwóch jest poetów, którym po wojnie udało się, w różny sposób, tego dokonać: stojący u szczytu powodzenia Gałczyński, z wszystkimi związanymi z popularnością koncesjami, i skryty w cieniu, mówiący własnym szeptem Twardowski. Kiedy autentyczności doznania zagraża fałszywy patos, kicz lub pusty ceremoniał, na co szczególnie narażone są zarówno uczucia patriotyczne i religijne, jak ideologiczny prozelityzm - epifanią prawdy staje się rewaloryzowana zwyczajność. Dochodzi do tego indywidualne nastrojenie mowy, brzmienie niełatwe do obiektywizującego opisu, ale słyszalne zarówno dla badacza, jak dla zwykłego czytelnika. Czułość, z jej delikatną równowagą i niezawodną miarą. W wymienionym wierszu autor powierza opiekunce cały swój majątek: celę, notatki z wykładów, rzeczy w klęczniku i mszał w szufladzie - taki swój, bo jedną jego stronę zna na pamięć, a w drugiej się myli, z zakładką i grudką ziemi na wieczność - i całego siebie: porzucone w rowie serce, które "nie pękło w płonącej Warszawie", i ofiarę poezji: "zagaś we mnie sny czarnoleskie / i bez wierszy cichutko daj popatrzeć / w Twoje święte oczy niebieskie". Wraca tu mistyczna figura wyrażonego słowem, ale negującego je milczenia. Po latach odezwie się ona w modlitwie o prawdziwą samotność, "kiedy ty mówisz przeze mnie / a mnie nie ma", jednej z tych formuł, które stają się "skrzydlatymi słowami", bliźniaczej wobec Anioła Ślązaka i Mickiewicza. Z tego samego ducha jest uwaga: "Boga chyba nie należy nazywać po imieniu / układać litanii nazw - / Bóg jest właśnie nienazwany / bez przymiotników".
      Właściwe temu pokoleniu zdziwienie sobą - że się żyje, gdy inni polegli, zanim zaczęli na dobre żyć - pojawia się w wierszu O asyście kleryckiej (TP 47,34), zatytułowanym potem Prymicja26. Stojąc przy ołtarzu, kleryk porównuje rówieśnicze biografie: "Jurkowi na Powązkach wojskowa dźwięczy sława, / a mnie tasiemka alby zakwitła u rękawa", Jezus na krzyżu jest "potłuczony", a widok ministrantów przypomina chłopców leżących pod gruzami. Najbardziej może wzruszający jest ofiarowany św. Franciszkowi inwentarz, Index rerum, z takim również zaleceniem: "Orzełek z czapki zdjęty / starannie owinięty - / za nieudane powstanie / w chusteczce niech zostanie" (TP 47,18). W Piosence o rzeczach pięknych (TP 48,52-53) wymienione są rzeczy proste i ubogie: różaniec i mszał obok nocy czerwcowej i żebraka proszącego o buty, a potem migawki wspomnień: harcerskie łódki kołysane wiatrem, dziewczęta na cmentarzu, plecak zsunięty w boju, węzełki chusteczek z dzieciństwa, woda podana w czapce rannemu wrogowi, bezdomność i spadające gwiazdy. Dołączają się do tego w kolejnych wierszach Listy z podróży Odyńca, spalone na Wilczej podczas Powstania27, i zburzona szkoła z przedwcześnie odeszłymi uczniami ("założyłem po tobie w brewiarzu / w Completorium wstążeczkę żałoby")28.
      Był rok 1950, początek ofensywy literatury stosowanej, i w tej wiernej pamięci zawierało się wtedy wszystko, czego nie dało się powiedzieć wprost. Przyszły historyk literatury zauważy zapewne, że temu nurtowi, w którym uczestniczył też debiutujący wówczas Herbert (i może inni pisarze krajowi), udało się uzyskać kawałek własnej przestrzeni na powierzchni życia literackiego - i za dorobek tego roku uznany zostanie nie tylko napisany w Praniu poemat Gałczyńskiego Przez świat idące wołanie, ale także wiersz wikarego ze Żbikowa Do chorego w szpitalu (TP 50,12): "To co czyste, szlachetne i wzniosłe / ustrzeżone w najdroższym wspomnieniu". Ze Żbikowem (dziś dzielnica Pruszkowa) rozstawał się ksiądz wierszem Do moich uczniów (TP 51,31), który na przykładzie dzieci upośledzonych najlepiej może ukazuje istotę misji duszpasterskiej, i Pożegnanie wiejskiej parafii (TP 52,17), a grzechy, z których się wówczas spowiadał, warto przypomnieć, choć komentarz byłby już zbyteczny:

                        Wstyd mi Boże ogromnie że jak grzesznik piszę
                        że z czasem zapomniałem Tomasza z Akwinu
                        że gdy w maju litania - słowika wciąż słyszę
                        a jadąc do chorego sławię dzikie wino...

                                                                        Spowiedź, tamże

      Wierszy księdza Twardowskiego ogłoszonych w latach 1950-1952 notuje bibliografia trzydzieści pięć (w tym zasługujący na osobne omówienie cykl Nad starą Biblią), potem jest przerwa i dopiero rok 1957 przynosi dwadzieścia siedem nowych utworów. Spośród powstałych w 1956 roku i opublikowanych później wyróżnia się przeznaczony wówczas zapewne dla siebie i przyjaciół wiersz Komańcza29, przywołujący postać internowanego prymasa, bez wymienienia funkcji i nazwiska, w otoczeniu bliskich mu rzeczy, w czułej i ciepłej tonacji, "gdy z wygnańcem po cichu drży Polska". Zaczyna się osobistym wyznaniem: "Kocham deszcz, który pada czasami w Komańczy, / nawet taki szorstki i chłodny, / gwiazdkę śniegu, co nieraz mu w oknach zatańczy..." - i przypomina się spostrzeżenie księdza Twardowskiego, że deszcz jest z naszego świata, a śnieg, którego drobiny to najpiękniejsze kryształy, z innego, ma charakter metafizyczny, wybiela zło30. Także gwiazdka śniegu, która na brudnym miejskim placu wskazała drogę jak gwiazda betlejemska31. Trzeba podczas lektury tej poezji uważać, aby w rzeczach zwyczajnych nie przeoczyć głębszego znaczenia.
      Większość ówczesnych wierszy nie odnosi się jednak do powszechnych wtedy rachunków sumienia, z biciem się we własną lub cudzą pierś - może poza jednym, będącym w całości cytatem: Tylko mali grzesznicy spowiadają się długo... (TP 57,14). Dominantą jest pochwała naturalności, ufności, wyrokowania sercem, jak w maksymie: "Rozum, wola, moje grzeszne ciało - / jasno widzą wyroki odwieczne, / tylko serce - choćby w proch się sypało / nie uwierzy w sądy ostateczne"32, franciszkańskie zdziwienie pięknem zwyczajnego świata. Ale i buntowniczą gwałtowność Lieberta słychać w inwokacji wiersza Pokąd mnie gonisz, płoszysz sny... 33 Podobne formuły, wzmacniane głoszoną w wierszach niechęcią do teologów, stawały się powodem polemicznych, zapewne czasem dotkliwych uwag, że zdarza się być poecie z teologią na bakier34. Trudno tu rozwijać ten wątek, ale nasuwa się uwaga, że to raczej polemiści byli na bakier z poezją, która w kwestiach wiary odwołuje się do żywego odczucia, a nie do filozoficznej spekulacji. Religijność księdza Twardowskiego, pogodna i pozbawiona lęku, nastawiona na odczucie obecności Stwórcy w skupieniu nad Jego dziełem, odwołuje się do dobroci, ufności i przebaczenia. Nierzadko też prześwietla tę poezję humor: czasem jest to wyzwalająca efekt komiczny przekora wobec sztuczności i obłudy, czasem dobrotliwy uśmiech i beztroski figiel. Tak w wierszu Świty (TP 57,39), o drodze do kościoła i odprawianiu porannej mszy, wypatrzony na wieży szczygieł rozdaje aniołom piórka z ogona, zostawiając największe, na czubku głowy, dla siebie. A ponieważ od dowcipu niedaleko do metafory, błyszcząca kardynalską czerwienią główka szczygła koresponduje malarsko i kontrastuje treściowo z wieczną lampką, nazwaną "listkiem krwawiącym kościoła".
      Do pieśni maryjnych autor pragnie dorzucić własne - i wiersz, na przemian poważny i żartobliwy, zwieńcza puenta: "Nos cały - choć koziołka fiknąłem z obłoków". Dziecięca śmiałość skojarzenia daje efekt niezwykły, może nawet szokujący, ale przecież nie jest sprofanowane sacrum przez to, że wieczna lampka przypomina czerwony lizak albo policzek żołnierza, który gra na trąbce35. Gdzie indziej okna kościoła "rzucają do wnętrza motyle jak kolorowe okręty", święty jest "przystrzyżony jak trawa", a uwagę przykuwa ktoś stojący w cieniu - i wróbel, który wpada do święconej wody36. Zapowiadała to parafraza modlitwy, którą autor otworzył potem tomik Wiersze: "Boże, po stokroć święty, mocny i... uśmiechnięty - (...) uśmiechnij się nade mną"37. Rzadsze niż dawniej i zastępowane aforystycznym dyskursem, takie śmiałe metafory i przekornie modyfikowane frazeologizmy pozostają nieodłącznym wyposażeniem tej poezji, dzięki czemu, poza przesłaniem moralnym, odnawia ona również samo widzenie świata. Świadomość, że pisze tak ksiądz, który jest też autorem niekonwencjonalnych wierszy i wyznań o istocie kapłaństwa, wzmacnia jeszcze efekt niespodzianki, i również dzięki tej swobodzie, niezwyczajnej wtedy, przerzuca Twardowski most do galerii dawnych księży-poetów, zwieńczonej wymowną w swoich skrajnościach parą Józefa Baki i Ignacego Krasickiego, poetów dobrze mu znanych z wykładów Wacława Borowego, z którym zgadzał się prawie we wszystkim, gotów jedynie wyżej umieścić Franciszka Karpińskiego - poetę serca.

 

Andrzej Lam      

PRZYPISY:


1. Jest to skrót referatu pt. Poezja i doświadczenie: ucznia, powstańca i księdza, wygłoszonego na sesji poświęconej pamięci ks. Jana Twardowskiego 8 maja 2006 na Uniwersytecie Warszawskim.
2. Topiel, KM 33,18.
3. Wyznanie młodego poety: "nigdy nie potrafię tworzyć dobrze oksymoronów - potrafi je tworzyć tylko prawdziwy poeta" (KM 34,6), jakby zapowiadało późniejsze upodobania: "...powracałem do tego, co działo się w naszej poezji w okresie baroku - gdy tworzyła się poezja intelektualna, oparta na paradoksie, który potrafi połączyć światło i mrok, gorycz i słodycz, suchość i świeżość, cierpienie i radość, smutek i humor". Jan Twardowski, współpraca autorska Waldemar Smaszcz, Bóg czyta wiersze, antologia poezji polskiej, Białystok: Unikat 2005, s. 27.
4. Wśród porad literackich zdarzyła się też taka, aby czytać współczesnych poetów, i przykładowo wymienieni zostali Tuwim, Iwaszkiewicz, Słonimski, Podhorski, Iłłakowiczówna, Pawlikowska, Lechoń, Zegadłowicz (KM 33,13).
5. Człowiek, KM 34,11; przedruk: "Pion" 1935 nr 33.
6. Odgłos mych butów zostanie..., KM 34,3.
7. Powrót, KM 34,19.
8. Wschód, KM 35,9. Przenikanie się przedmiotów ma charakter nie tylko skojarzeniowy, ale również malarski, jak w obrazie z Odwiedzin: "...tylko wazon, co z kwiatami stał, / poprzez szklanki z herbatą - na ścianie żółtym krążkiem cytryny się chwiał".
9. KM 35,15; "Pion" 1936 nr 3.
10. Po czterdziestu latach ks. Twardowski ponownie wrócił do Andersena, mówiąc o nim podczas mszy w setną rocznicę śmierci pisarza: "Tkanina dekoracyjna opiera się zawsze i niezmiennie na zwykłej, szarej osnowie ze sznurków. Ta osnowa jest faktem rzeczywistym, na niej tka wyobraźnia artysty urocze obrazy kolorowymi nićmi". "Tygodnik Powszechny" 1976 nr 2, przedruk: Jan Twardowski, Stale być blisko, opr. Aleksandra Iwanowska, Kraków: Wyd. Lit. 2004, s. 13.
11. Udział Twardowskiego w redagowaniu "Kuźni Młodych" pisma omówił Andrzej Sulikowski w monografii "Serce czyste", Lublin 2001.
12. tym kręgu poetów pisze Stanisław Gawliński w książce Szkoła poetycka Józefa Czechowicza w okresie międzywojennym, Katowice: Uniw. Śl. 1983.
13. Poprawiam z: Drobininie, ponieważ z pewnością chodzi o Drobin, z którym sąsiadowała posiadłość wuja w Druchowie, koło Płocka, skąd i do Dobrzynia niedaleko. Wiersz ukazał się wcześniej w "Pionie" 1935 nr 35.
14. Recenzję tę opublikował z autorskiego maszynopisu pt. Spokój i niepokój Tadeusz Kłak w zbiorze pism rozproszonych: Józef Czechowicz, Wyobraźnia stwarzająca, Lublin 1972, s. 204-206. Zapewne też Czechowicz czuwał nad publikacją wierszy Twardowskiego w "Pionie" w latach 1935 i 1936.
15. braciach pytających się samych siebie, TP 49,15-16; O mieszkańcu dwóch miast, TP 49,1. W przekształceniach pierwszego wiersza widać skłonność do upraszczania poetyki, np. zamiast zgęszczonego obrazu: "i już płoną pozrywane księżyce / w białych lampach zamkniętych rąk", łatwiej czytelny: "chodźmy prędzej, takie ciemne ulice / z tym księżycem, co dogasa u rąk". Uporządkowane też zostały wskaźniki pory dnia, najpierw: "a już spadał powoli jak zmierzch / odgłos dzwonów bijących na twarze", potem są to dzwony cmentarne i w Wierszach: "a już wschodził powoli jak świt / odgłos dzwonów porannych na twarze". W wyd. Zaufałem drodze, 2004, przywrócona została wersja pierwotna.
16. Podobnie we frazie: "Jeszcze zadrżał w kielichach cichy tętent koni", Już myślałem, że Ciebie wielkiego zobaczę..., TP 49,3; Wiersze.
17. "Wkrótce ukazała się książka o współczesnych debiutach, ale pominięto w niej mój tomik. Nie zostałem zauważony, więc przestałem pisać wiersze". Ks. Jan Twardowski, Łaską zdumiony. Moje szczęśliwe wspomnienia. Opr. Jadwiga Marlewska, Warszawa: Pax 2002, s. 80. - Chodzi prawdopodobnie o antologię współczesnej poezji polskiej Ludwika Frydego z 1938 r. O recenzji Czechowicza dowiedział się ksiądz znacznie później.
18. Jan Jakub Twardowski, "Godzina myśli" J. Słowackiego. Archiwum Uniwersytetu Warszawskiego, sygn. WHum 054/2652.
19. Ludziom odlatującym, TP 47,34.
20. "Miesięcznik Literacki" 1943, nr majowy (anonimowo, autorstwo rozszyfrowane w bibliografii Literatura polska i teatr w latach II wojny światowej, opr. Jadwiga Czachowska i in., Ossolineum 1984). Autor opowiedział, jak odwiedzili go w Warszawie Wojciech Żukrowski z Kazimierzem Wyką, prosząc o wiersze do "Miesięcznika", i dodał, że nigdy tego druku potem nie widział. Ludzie, których spotkałem. Waldemara Smaszcza rozmowy z ks. Janem Twardowskim, wyd. Łuk, b.m., b.r. [2001], s. 63. Po wojnie Żukrowski zamieścił ten wiersz w "Odrze" 1946 nr 5 pod pseudonimem Antoni Derkacz. Autorem nie jest więc "już chyba kleryk" (A. Sulikowski, "Serce czyste". s. 38). Do wierszy "seminaryjnych" należą natomiast: O księżach smutnych ("Odra" 1946 nr 4, potem z incipitem To tylko noc czerwcowa..., TP 50,29 i w Wierszach pt. Czerwcowe majaki); O Madame z kokiem czarnym ("Odra" 1946 nr 9); Testament ("Odra" 1946 nr 31, potem pt. Do poety piszącego zbyt dużo wierszy). Pierwodruki różnią się od wersji późniejszych.
21. Ze wspomnień: "W czasie okupacji, a nawet wcześniej, miałem już myśli o wstąpieniu do seminarium duchownego, ale dopiero po upadku Powstania dojrzałem do tej decyzji". J. Twardowski, Łaską zdumiony, s. 30. - W powojennym seminarium w Czubinie (i wkrótce w Warszawie) kontynuowali też naukę uczestnicy tajnych kompletów seminaryjnych i stąd pojawiło się domniemanie, że i Twardowski należał do tego grona. Takie przypuszczenie wyraził prof. Stanisław Luft w dyskusji na konferencji poświęconej ks. Twardowskiemu na Uniwersytecie Warszawskim 8 maja 2006, ale w późniejszej rozmowie ze mną, powołując się na relację brata, ks. dr Andrzeja Lufta, wyjaśnił, że nie da się tego potwierdzić.
22. Pierwszy ogłoszony w "Tygodniku Warszawskim" 1946,11, drugi w TP 46,16, trzeci - tamże 48,9.
23. Dzięki pośrednictwu Kamila Weintrauba, przyjaciela jeszcze sprzed wojny, podczas okupacji współorganizatora Wydawnictwa Sublokatorów Przyszłości, Twardowski poznał, choć tylko przelotnie, Krzysztofa Kamila Baczyńskiego. Z "Kuźni Młodych" znał Wandę Zieleńczyk i pamiętał, że była autorką pieśni My ze spalonych wsi... Zob. Ludzie, których spotkałem, s. 68-69.
24. Zabierając w tej dyskusji głos, Antoni Gołubiew stwierdził: "Wiersz ten jest tak charakterystyczny dla naszej postawy wobec Powstania, że przytaczam go tutaj w całości. (...) Ten tragiczny dylemat, to rozdwojenie pozostało, jest żywe, nie umiemy go rozwiązać". TP 46,31.
25. Grę z banałem podkreślają dwa ówczesne tytuły : Wiersz banalny (TP 46,16) i Walc banalny ("Odra" 46,36, pod pseudonimem: Antoni Derkacz).
26. Święcenia kapłańskie przyjął autor w roku następnym, 1948.
27. wierszu, co się w pacierze wplątał, TP 50,2; w Wierszach pt. Kochanowskiego przekład psalmów i z zamianą Listów z podróży na psalmy Kochanowskiego.
28. wspomnieniach szkolnego mundurka, TP 50,2.
29. W wyd. Nie przyszedłem pana nawracać, 1986, s. 80 - bez tytułu.
30. Ludzie, których spotkałem, s. 11.
31. Na miejskim placu. Wiersze.
32. Do anioła, TP 57,14.
33. TP 50,2, w Wierszach pt. Mesjasz.
34. "...chciałbym się wytłumaczyć, że w moich dawnych wierszach nie zawsze były pozytywne uwagi o teologach. [...] Po Soborze nigdy nie krytykowałem teologii [...]. Myślę, że jest teologia wielka i mała. Odpowiada mi ta wielka..." J. Twardowski, Łaską zdumiony, s. 89-90. Dodajmy, że słowo poetyckie też może być słowem teologicznym, jak przypowieść. - Relacje poezji Twardowskiego do teologii omawia Krzysztof Dybciak w książce Trudne spotkanie. Literatura XX wieku wobec religii, Kraków: Arcana 2005, zwł. s. 158-163.
35. Na słomce. TP 58,42; Wiersze.
36. wróblu, "Polonista" 1959 nr 5.
37. Suplikacje, TP 50,2.


Wstecz

wspomnienie