* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
literatura bułgarska, poezja bułgarska

o autorze
o tłumaczce
wstecz

Damian Damianow

Christina

(ze zbioru opowiadań Сбогом, бързам!)

   Leżałem wygodnie wyciągnięty na polanie, na skórze czułem miłe łaskotanie trawy i było mi dobrze, że żyję. Że jeszcze czuję ten przyjemny dotyk matki ziemi, której częścią jest moje ciało, że nad moimi oczami przetaczają się po niebie białe obłoczki. Było mi błogo, nie myślałem o niczym. Nie, „nie myślałem” to nie było właściwe określenie – jakby wbrew woli głowę miałem pełną Christiny. Wszystko wokół przypominało mi o niej w jakiś niewytłumaczalny, diabelski sposób: niebo błękitniało nade mną niczym jej ogromne oko; żółtawa trawa, w której skryłem się cały, była jak jej gęste, jasne włosy, które tyle razy pieściłem; dwa przeciwległe wzgórza przywodziły na myśl jej piersi, na których czasami składałem głowę. Nawet w szumie niewidzialnego potoku słyszałem jej głos – ten dawny, miły, którym kiedyś szeptała czule: „Kocham cię”, nie ten dzisiejszy, którym nie dalej jak dwie godziny temu zgromiła mnie przez telefon. Bywa, że obrazy niektórych ludzi prześladują nas aż do śmierci. Towarzyszą nam zawsze i wszędzie, czy tego chcemy, czy nie. Tak samo było z Christiną. Jeżeli to prawda, że w życiu każdego mężczyzny pojawia się jakaś kobieta fatalna, to w moim przypadku była nią Christina. Aż do chwili, kiedy zobaczyłem ją po raz ostatni, i odkąd przestała dla mnie istnieć.
   Nie uwierzyłbym, gdyby ktoś mi powiedział, że nadejdzie dzień, kiedy to żywe srebro, ta bosonoga dziewczynka, z którą całymi dniami graliśmy w kostki i przeskakiwaliśmy przez siebie w zabawie, pojawi się przede mną jako dojrzała piękność i raz na zawsze zmieni moje życie. Ale tak czy inaczej ten dzień nadszedł, zwalił się na mnie z dwudziestoletnim spóźnieniem. Zaskoczył nas, kiedy już mieliśmy własne rodziny i dzieci – byliśmy dwojgiem nieco znudzonych dorosłych ludzi, których drogi się rozminęły. I przyniósł nam taką szaloną miłość, o jakiej inni mogą tylko marzyć, i która niemal wywróciła nasze życia do góry nogami. Właściwie – tylko moje, bo – jak się w końcu zorientowałem – tylko ja byłem zakochany. Dla Christiny była to tylko przyjemna zabawa. Ekscytowała ją odgrywana przez miesiąc-dwa rola bohaterki tej niedorzecznej historii miłosnej, która wkrótce jej się znudziła. „Do widzenia, dość tej dziecinady! To nie ma sensu, już nie będziemy się spotykać.” I znowu nadszedł czas milczenia, takiego jak to, które przedtem trwało całe lata. Pozostało mi tylko wspomnienie miłości – skrywanej, niewyleczonej, niespełnionej.
   ...Jak dziś pamiętam dzień, kiedy widziałem ją po raz ostatni. Gorący, duszny letni dzień. Wszystko działało mi na nerwy: i praca, która szła mi jak po grudzie, i otępienie, w którym coraz bardziej się pogrążałem, i upał, który rozpalił całe mieszkanie, i dziecięcy harmider, który atakował mnie ze wszystkich stron. Żar bił od każdej rzeczy, z każdej ściany i całkowicie mnie obezwładniał. Zdarza się, że w takie leniwe i martwe popołudnia, kiedy jest do zrobienia tysiąc rzeczy i nie chce nam się zabrać do żadnej z nich, podnosimy słuchawkę telefonu i wykręcamy na chybił trafił numery wszystkich znajomych, tylko po to, żeby pogadać.
   Dzwoniłem tu i tam, zadzwoniłem też do Christiny. Do pracy, jak zawsze.
   – Cześć, to ja. Jakoś się za tobą stęskniłem. Może wyskoczymy gdzieś na kawę?
   – Co ci znowu strzeliło do głowy? – zaatakował mnie jej głos. – Jeszcze nie zrozumiałeś, że między nami już dawno wszystko skończone, i że masz więcej do mnie nie dzwonić?! Mam powyżej uszu tych twoich głupich pomysłów! Przepraszam, nie mam czasu. Do widzenia!”
   To: „mam powyżej uszu” mnie dobiło. Nerwy mi puściły i krzyknąłem do żony:
   – Szlag by to trafił! Można oszaleć w tej spiekocie, mam tego dosyć... Pakuj dzieciary do samochodu! Wyskoczymy gdzieś za miasto.
   – A niby dokąd? – zapytała żona. – Do Christiny?
   Widocznie słyszała rozmowę. No jasne – upał, wszystkie drzwi pootwierane...
   Puściłem tę zaczepkę mimo uszu.
   – Wszystko jedno. Na przykład na jakąś polanę na Witoszy...
   Czy mogłem przypuszczać, że właśnie na tej polanie...
   Leżałem, strząsnąwszy z siebie zmartwienia i zmęczenie, odrzuciwszy siebie samego i w ogóle wszystko. Wszystko, co złe, nagle ze mnie opadło. Pochłonęła mnie błogość płynąca z cudu, jakim są góry. Dzieci uganiały się za piłką, moja żona, leżąc obok mnie, gryzła źdźbło trawy, też pewnie pogrążona w swoim świecie. Są takie chwile w życiu, kiedy człowiekowi jest lekko i dobrze, wokół widzi przestrzeń i piękno i nie myśli o niczym. Po prostu poddaje się magii życia, wystarcza mu, że jego twarz, jego ciało łaskoczą źdźbła trawy, a w górze przepływa niebo.
   Sam nie wiem kiedy obok naszego auta zatrzymał się jakiś samochód, a pasażerowie – mężczyzna i kobieta w średnim wieku – wysypali się z niego razem z kocami i tranzystorem. Błogo wyciągnięty na trawie, ledwie na nich zerknąłem kątem oka. Byli to najzwyklejsi w świecie, znużeni mieszkańcy Sofii, którzy tak jak my uciekli przed miejskim skwarem.
   – Przepraszam, można ognia?
   Mężczyzna, który nagle pojawił się nade mną, niemal mnie przestraszył. Łysiejący, podstarzały okularnik. W moim wieku.
   Uprzejmie podałem mu zapalniczkę.
   – Zaraz oddam. Tylko zapalę kocher.
   Skinąłem głową. Wziął zapalniczkę i poszedł z nią tam, gdzie się rozłożyli, a po chwili oddał mi ją, tak samo uprzejmie.
   Dopiero teraz przyjrzałem się kobiecie, która trzymała tygielek nad maszynką i paliła w roztargnieniu papierosa, lecz mimo to starała się uważać, żeby popiół nie spadł do kawy. W jej nieobecnym niebieskookim spojrzeniu mignęło coś znajomego, coś bardzo, ale to bardzo znajomego. Skądś znałem też sposób, w jaki przytrzymywała naczynie, i ruch, jakim potem napełniała filiżanki... Te ręce, te gesty, ten głos... W uszach zadzwoniło mi to samo brzmienie i ten sam chłód, który niedawno uderzył we mnie ze słuchawki. „Jeszcze nie zrozumiałeś! Do widzenia!”. Ten sam głos mówił teraz:
   – Wanio, poczekaj aż wystygnie! Podaj mi papierosy.
   O mój Boże, przecież to Christina! Oczywiście, to ona. Te same oczy... Teraz jednak patrzyły z twarzy zniszczonej przez czas, pokrytej zmarszczkami, zmęczonej, znudzonej, zmienionej nie do poznania. Twarzy, którą kochałem, którą uwielbiałem – kiedyś przed laty. Twarzy, która brzydła, poddawała się czasowi i marszczyła, chociaż ja widziałem ją wciąż tak samo piękną – na drugim końcu linii telefonicznej – jak dawno temu. A ona... chyba w ogóle mnie nie poznała.
   Siedzieliśmy tak – auto przy aucie, koc przy kocu. Dwie obce rodziny, które przez przypadek spotkały się w górach. Nawet nie powiedzieliśmy sobie: „Ach, jaka przyjemna niespodzianka!”. Nie powiedzieliśmy ani słowa. Tylko jedna pożyczona zapalniczka, jedno „Dziękuję” i to wszystko. Dzieciaki kopały piłkę, moja żona gryzła źdźbło trawy, tamci pili swoją kawę.
   Wygląda na to, że im pierwszym znudziła się wycieczka. Pozbierali koce, termos i tranzystor, z daleka skinęliśmy sobie chłodno na do widzenia, po czym ich auto śmignęło w dół po serpentynach. Mój Boże! Jak to życie się z nami obeszło, Christino? Jak parę zachwyconych sobą, zakochanych młodych ludzi zmieniło w podstarzałych, znużonych mieszczuchów, którzy raz na tydzień robią wypad na jakąś górską polanę, grają w karty, piją kawę, na godzinkę czy pół wdrapują się na jakąś górkę, żeby łyknąć trochę świeżego powietrza, a potem wracają na dół i wtapiają się w mrowisko aut i ludzi, w brudne opary benzyny, w kłopoty – i sny, w których czasem jeszcze uda im się zobaczyć siebie – innych.
   Spojrzałem tam, gdzie jeszcze przed chwilą siedziała Christina z mężem. Ich miejsce było podeptane, wygniecione, pokryte ciemną, połamaną trawą, w której odcisnął się ślad ich ciał. Upstrzone porozrzucanymi papierami, pudełkami po papierosach i niedopałkami. Zbezczeszczone. Za parę minut nasze miejsce będzie wyglądać tak samo. Jak wszystkie inne, w których zawitał człowiek, razem ze swoimi śmieciami. Zupełnie jakby ten zmęczony i smutny mieszkaniec miasta musiał raz na tydzień wyprawić się w sam środek piękna tylko po to, żeby pozbyć się swoich brudów, by zostawić je tam po sobie na pamiątkę i by właśnie nimi zapłacić za tę odrobinę czystości, którą stąd wyniesie. Niewdzięczny, smutny człowiek z miasta. Ja, Christina, my wszyscy.
   Samochód Christiny zniknął za ostatnim zakrętem. Wypatrywałem go, póki na dobre nie zniknął mi z oczu. To było ostatnie mignięcie mojej największej miłości. Niepowtarzalnej. Jedynej.
   Był to początek... starości.

 

Damian Damianow
z języka bułgarskiego przełożyła Dorota Dobrew

Wstecz

literatura bułgarska, poezja bułgarska