* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
wydarzenia
wstecz

V Festiwal Poezji, Sopot 2009

Poezja mieszka w Sopocie

   Sopot zmienił się w ciągu dwóch lat, które minęły od ostatniego Festiwalu Poezji — w centrum miasta, na rogu Monciaka i Powstańców Warszawy wyrosły nowe budynki: galeria handlowa i dom zdrojowy. Jeszcze niedawno stały tam dźwigi, a brygady robotników pracowały na wysokich rusztowaniach. Czy reminiscencje z tych właśnie placów budowy trafiły do cyklu wierszy Krzysztofa Kuczkowskiego, redaktora naczelnego „Toposu” i organizatora Festiwalu Poetyckiego, objętych wspólnym tytułem Budowanie domu? — nie wiem, ale nie odmówię sobie przyjemności zacytowania choćby niewielkiego fragmentu:

                  Od dziury w ziemi rozpoczyna się
                  budowanie domu. Ogromne żółte łyżki
                  wyrywają kęsy piachu — białego spod brzozy,
                  czarnego spod dębów.
                  Po jasnych i ciemnych pagórach chodzą
                  mężczyźni w niebieskich kombinezonach —
                  mieszają kolory, obracają strony świata,
                  słowa w ustach.

                  Pracują młyny Boże.
                  Pod nimi jak gdyby nigdy nic — morze i błękit,
                  nad błękitem przęsła tęczy. W końcu spotykają się
                  głębokości nieba i ziemi, wypełniają się sobą,
                  całą swoją naturą przypominającą płynne szkło.
                  Wiedziałem, wiedziałem, że to się musi dokonać.
                  Cud przemiany.
                  Teraz już można wbijać żelazne pręty,
                  wylewać beton do drewnianych koryt.
                  Budować dom.


   W ciągu czterech lat Sopot, dotychczas nieznany (jeśli nie liczyć zamglonych migawek z którejś z wycieczek szkolnych), stał się dla mnie przestrzenią bliską i w pewnym sensie zamieszkaną. Było to możliwe dzięki ludziom, kilku poetom, z którymi udało mi się nawiązać przyjazne relacje. Ich życzliwość, otwartość, bezinteresowność sprawiły, że o Sopocie mogę dziś myśleć jako o miejscu udomowionym. Ktoś wykopał dziurę w ziemi, ktoś wbił żelazne pręty i wylał beton do drewnianych koryt — dom został wybudowany.
   Zmieniło się miasto, zmienił się Festiwal Poezji, choć jego formuła pozostała podobna. Kolejne dni (2–5 grudnia) wypełniły szczelnie rozmowy z poetami, krytykami i redaktorami czasopism literackich, prezentacje książek i koncerty. Choć owych wydarzeń było tak wiele, chyba nikomu z nas nie przyszłoby do głowy utyskiwać na ich nadmiar. Myślę, że większość z nas wróciła do domów z poczuciem niedosytu, z przekonaniem, że część istotnych dysput pozostała niedokończona, przerwana w pół słowa.

 

   *


   W piątek (był to trzeci dzień poetyckiego maratonu) wybrałem się w południe na spacer wzdłuż sopockiej plaży. Wiał wiatr, niebo spowijały ciemne chmury, lekko mżyło, słowem — nie była to najsposobniejsza pora na długie przechadzki. A jednak doszedłem aż do Nowego Portu w Gdańsku. Minąwszy brzeźnieński Park Haffnera, gdzie kończy się brukowana promenada, trafiłem na wąską ścieżkę wzdłuż wysokiego ogrodzenia. Niedaleko, na południowy wschód od miejsca, w którym się znalazłem, dźwigi portowe rozpychały się pod obniżonym stropem nieba, spowitego w kilka odcieni szarości, a metaliczne hałasy i zgrzyty wdzierały się w miarowy szum fal. Maszerowałem dalej, aż znalazłem się w środku niezwykłego pejzażu — po jednej stronie rzędy lśniących, srebrzystych i czarnych samochodów, które dopiero co opuściły fabrykę, po drugiej uregulowana linia brzegowa, głazy wbite w ziemię, wielkie i dziwaczne kule żużlu i betonu, poniewierające się tu i ówdzie. A na wyciągnięcie ręki morze, aż po horyzont, wytrwale uderzające o brzeg, obojętne na wszystko, co nie jest nim samym.
   Dlaczego pozwoliłem sobie na ten nieco ekstrawagancki opis? Sądzę bowiem, że sytuacja osób parających się literaturą, czy też szerzej: kulturą, zapewnia wrażenia podobne do tych, jakie odebrałem tamtego dnia w Gdańsku Brzeźnie. Morze symbolizowałoby tu przeszłość, nawarstwiające się przez stulecia próby odczytywania i zapisywania świata. Brzeg pełen żelastwa, blachy i jazgotu to współczesność, chaos chcący prezentować się jako porządek, pożerający podmiotowość i z fałszywym wdziękiem nakładający wszystkiemu i wszystkim błyszczący uniform. Ścieżka między tymi dwiema rzeczywistościami jest wąska i kręta, ale z wygodnej asfaltowej drogi nie sposób dostrzec bezmiaru morza, przez co nie można go skonfrontować z tym, co się w nim odbija.
   Każdy piszący winien od czasu do czasu przejść się brzegiem morza i przejrzeć w ciemnym świecidle wody. Działalność Krzysztofa Kuczkowskiego, której rezultaty możemy oglądać w kolejnych numerach „Toposu”, a których przedłużeniem i rozwinięciem w innej formie i odmiennej przestrzeni jest Festiwal Poezji, stanowi — jak sądzę — wyraz owego żmudnego wysiłku konfrontowanie tego, co w literaturze staje się tu i teraz, z tym, co stanowi kulturowe dziedzictwo przeszłości. Nowe wpisuje się w stare lub z nim dyskutuje, minione egzystuje w teraźniejszym jako punkt oparcia i przestrzeń odniesień. Jedno nie może istnieć bez drugiego.
   W idealnie płaskim świecie popkultury poezja jest jednym z ostatnich bastionów rzetelnego namysłu nad człowiekiem brodzącym w strumieniu przedmiotów i obrazów — toposowy Festiwal daje jego uczestnikom i publiczności możliwość przystanięcia i rozejrzenia się wokół siebie, stwierdzenia, że nikt z nas nie jest skazany na samotnictwo, że jeszcze nie pora na składanie broni.

 

   *


   Tegoroczny Festiwal Poezji upłynął pod znakiem spotkań z redaktorami czasopism społeczno-literackich z całej Polski. Każda edycja imprezy przenosi nas do innego ośrodka myśli i kultury — cztery lata temu gośćmi honorowymi byli wrocławianie, przed dwoma laty poznaniacy, tym razem bohaterami kilku wieczorów organizatorzy postanowili uczynić poetów, krytyków i artystów piosenki z Lublina. Mieliśmy zatem okazję uczestniczyć w prezentacjach szacownych periodyków „Akcent” i „Kresy”, których twórcy opowiadali o blaskach i cieniach pracy redaktorskiej, a także wysłuchać koncertu bardów lubelskich, w ciekawy sposób interpretujących współczesne i staropolskie teksty poetyckie.
   Chciałbym tu jednak poświęcić uwagę dwóm rozmowom, jakie odbyły się 4 grudnia w Spółdzielni Literackiej, restauracji/kawiarni kulturalnej mieszczącej się przy ulicy Króla Jana Kazimierza w Sopocie. Sama Spółdzielnia zasługuje na osobną wzmiankę, jest bowiem miejscem niezwykłym — wypełnionym książkami, z rozbrzmiewającą w trzech salach (na dwóch poziomach) dobrą muzyką, z patrzącymi ze stropów twarzami najwybitniejszych pisarzy europejskich, z imitującymi tapety kolażami wierszy i reprodukcji malarstwa na ścianach, wreszcie zaś z dobrym czeskim (i nie tylko) piwem oraz wyśmienitą kuchnią. Wszystko to zaledwie przygrywka do zasadniczej aktywności grupy młodych ludzi (nastolatków i dwudziestokilkulatków), którzy Spółdzielnię Literacką stworzyli, a dochód z jej funkcjonowania poświęcają na imponującą rozmachem działalność kulturalną i wydawniczą.
   Pierwszym dzieckiem tych niezwykłych pasjonatów jest „holograficzno-literacki” magazyn „Korespondencja z Ojcem”, którego kolejne numery regularnie trafiają na półki EMPiK-ów. Właśnie o nim rozmawialiśmy w tamto piątkowe popołudnie, co i rusz przecierając oczy ze zdumienia. Okazuje się bowiem, że również w naszych mało kulturalnych czasach możliwa jest inicjatywa, która — kreując coś z niczego, w przemyślany sposób kanalizując energię twórczych jednostek, jednoznacznie formułujących własny aksjologiczny horyzont — z impetem i bez kompleksów stwarza nową, istotną jakość w kulturze. Zgadzam się całkowicie z poglądem Lecha Grudzińskiego, przewodniczącego Oddziału Gdańskiego Polskiego Towarzystwa Filozoficznego, że działania osób skupionych wokół „Korespondencji z Ojcem” i Fundacji „Słowiańska Spółdzielnia Literacka” (posiadającej także własne wydawnictwo i publikującej istotne pozycje z literatury naszej części Europy!) zasługują na najwyższe uznanie, bo „świadczą o przypisywaniu sztuce wielkiej roli kulturotwórczej w kształtowaniu nie tylko indywidualnej świadomości, ale także relacji międzyludzkich, o pojmowaniu sztuki tak, jak na to zasługuje, w sposób poważny i odpowiedzialny, jako dziedziny odnoszącej się do wartości, celów i sensów, które kształtują ludzkie życie”.
   Kolejnymi bohaterami popołudnia byli redaktorzy i współpracownicy reaktywowanego właśnie opolskiego pisma społeczno-kulturalnego „Strony”, które już na starcie należy uznać za jeden z najwartościowszych periodyków tego typu ukazujących się w naszym kraju. Wysmakowany kształt graficzny, pokaźna objętość (każdy numer liczy przeszło 300 stron) oraz grono autorów budzących szacunek (Baran, Gleń, Gutorow, Kuczkowski, Lisowski, Maliszewski, Márai, Orski, Różycki, Tokarczuk) pozwalają sądzić, że „Strony” zasadniczo wzbogacą dialog o literaturze i kulturze, a także staną się ważną trybuną wymiany myśli i idei.
   Rejestr gości zaproszonych na V Festiwal Poezji potwierdza istotną kulturotwórczą rolę środowiska skupionego wokół „Toposu”, wystawiając znakomite świadectwo włodarzom miasta, zdolnym dostrzegać i promować to, co w życiu literackim prawdziwie cenne. W tych grudniowych dniach, niemal niezauważalnie, Sopot staje się poetyckim centrum Polski. Na szczególne docenienie zasługuje zamysł Krzysztofa Kuczkowskiego, zgodnie z którym środowiska pisarskie trzeba konsolidować, uciekając od parcjalności i zapominając o partykularnych interesach. Zgodnie z ową koncepcją redaktor innego pisma, organizator konkurencyjnego festiwalu (wśród zaproszonych byli Aleksandra Rzadkiewicz i Artur Fryz, pomysłodawcy „Złotego Środka”, oraz Paweł Szydeł i Adam Ostrowski, szefowie Międzynarodowych Spotkań Poetyckich „Pobocza”), krytyk o odmiennych przekonaniach czy poeta wybierający inną dykcję nie jawią się już jako przeciwnicy i współzawodnicy, ale jako partnerzy dialogu, robotnicy zatrudnieni przy tej samej budowie — by przywoływać metaforę z cytowanego na wstępie wiersza.

 

   *


   Na koniec kilka słów o poezji, która była w Sopocie czytana i pilnie słuchana. Swoje utwory prezentowali: Artur Fryz, Adrian Gleń, Anna Goławska, Wojciech Kass, Andrzej Niewiadomski, Wacław Oszajca SJ. Spośród wszystkich spotkań największe wrażenie wywarł (chyba na wszystkich bez wyjątku) wieczór autorski ks. Oszajcy, odpowiadającego w swojej praktyce duszpasterskiej, dydaktycznej, teologicznej i poetyckiej na Norwidowskie wezwanie do „całoczłowieczeństwa”. Podczas koncertu symfonicznego zamykającego Festiwal wiersze Józefa Czechowicza recytował Wojciech Wysocki. W konkursie im. Rainera Marii Rilkego nagrody wręczono: Katarzynie Kaczmarek (Grand Prix), Karolinie Sałdeckiej (I nagroda), Michałowi Murowanieckiemu (II nagroda) i Januszowi Radwańskiemu (III nagroda). Nagrodę Otoczaka, ufundowaną przez poetę Jerzego Suchanka, otrzymał Wojciech Kass.

 

   *


   Postscriptum. Długo nie zapomnę wygłaszanych przy śniadaniu gawęd Prezesa SPP Sergiusza Sterny-Wachowiaka oraz serdecznych rozmów z Przyjaciółmi — Krzysztofem Kuczkowskim, Wojciechami Kassem i Kudybą, Pawłem Szydłem i Adamem Ostrowskim, Arturem Nowaczewskim i Jarosławem Jakubowskim.
   Kochani, jak to dobrze, że jesteście.

 

Przemysław Dakowicz

Wstecz

wydarzenia