* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
inne teksty
wstecz

Hanna Strychalska

Przywołanie

   Kończy się rok jubileuszowy 1979-2009 Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego, bogaty w wiele ciekawych i różnorodnych zdarzeń artystycznych: wernisaży, spotkań poetyckich i prozatorskich oraz wykładów i odczytów naukowych. Wśród nich moją szczególną uwagę zwróciła wystawa obrazów „Źródło światła” (28 maja - 14 czerwca 2009), przypominająca twórczość dwojga nieżyjących już artystów, przez kilkadziesiąt lat aktywnie działających w bydgoskim środowisku plastycznym - Ireny Kużdowicz (1917-2000) i Leona Romanowa (1938-2001).
   Młode kobiety, autorstwa Ireny Kużdowicz, smukłe, długowłose, ukazane z profilu, ale najczęściej en face, w spokojnych pozach, sportretowane w formie popiersia albo w pozie trzy czwarte, a wtedy zdarza się, że dłonie układają na złączonych kolanach. Czasami prezentują się przed widzem z atrybutami: lusterkiem, drewnianym ptaszkiem lub kwiatem.
   Raz farba olejna, grubo i fakturalnie nałożona na płótno, buduje z płaszczyzn syntetyczną sylwetkę kobiecą, wraz z najbliższym jej otoczeniem, gdzie kolor sugeruje pejzaż, a rzadko - poprzez jeden element - wnętrze. Kiedy indziej natomiast, ta sama farba spływa z powierzchni płótna barwnymi strugami, które nakładają się na siebie, przenikają i błyszczą. Wtedy, dzięki powstałemu bogactwu kolorów, walorów, różnym połyskom i fakturom, płótno upodabnia się do półszlachetnego kamienia albo masy perłowej. A kobieta, podobnie jak wcześniej, stworzona z tej samej materii, co otoczenie i wszystkie elementy przedstawienia, wyłania się z tej różnorodności tym bardziej, im wnikliwiej patrzymy.
   Oto modelka. Brunetka o dużych, ciemnych oczach. Obserwujemy ją z boku, dostrzegając jak fakturalne płaszczyzny światła, wyraziście i twardo, modelują jej twarz o egzotycznej urodzie, a śniadą karnację podkreśla skrawek wrzosowej sukni. Albo ta rudowłosa, z lusterkiem i ludowym ptaszkiem w dłoniach. Tak naprawdę przykuwa nasz wzrok bujnymi lokami w gamie brunatności i czerwieni, odziana w ciemne fiolety, na tle szmaragdów i zielonkawości, przenikających się wzajemnie w barwnych strugach. Jeszcze młodziutka blondynka, o trójkątnej twarzy i kapryśnej, zmysłowej urodzie, której jasną karnację i całą sylwetkę przenika rozgrzane, letnim światłem, powietrze. Rozmywa ono kontury i rozbiela barwy, wzbudzając wątpliwości, co do realnego istnienia tej postaci.

Irena Kużdowicz, Zamyślona, 1969, olej, płyta pilśniowa, 70x50 cm

   Niezależnie od sposobu operowania pędzlem i konsystencji farby, modelki na obrazach Ireny Kużdowicz scharakteryzowane są dość powściągliwie, ale na tyle wyraziście, a także ciekawie, aby zwrócić uwagę widza swoją indywidualnością. Składają się na nią nie tylko cechy fizyczne postaci, ale także otoczenie, i relacja z nim, jak również środki techniczne, kolor oraz światło. A jeśli ewidentnie tak wiele „elementów”, prawie w równym stopniu, współtworzy ten wizerunek, to powstaje pytanie: Czy jest to „tylko” portret, czy może malarski zapis wrażeń i emocji artystki, uosobionych w postaci kobiecej? A może to skonkretyzowanie pewnych praw natury, które przetworzone przez świat wyobraźni Ireny Kużdowicz, zyskały twarze, przynależne teraz cyklom życia czy też porom roku?
   Bez względu na interpretację, przyglądając się zaprezentowanym na wystawie kobiecym wizerunkom, nieporuszonym oraz zaopatrzonym w atrybuty, podobnym przez to antycznym i wschodnim boginiom, utwierdzamy się w trwaniu tak zwanego kobiecego pierwiastka we wszechświecie, a więc i w sztuce. Ten wieloznaczny wizerunek kobiety Irena Kużdowicz kształtowała przez lata, naznaczając go wiernie śladem fascynacji polskim koloryzmem. W wielu obrazach, pochodzących z dojrzałego i późnego okresu twórczości, rozmigotanie i barwność płótna przywodzi też na myśl bizantyjskie mozaiki z Rawenny.
   Kobieta, która przygaszonym wzrokiem spogląda w dal, na obrazie zamykającym tę ekspozycję dzieł artystki, nie stanowi, jak to było wcześniej, centrum malarskiej kompozycji. Postać umiejscowiona w jej dolnym, prawym rogu wydaje się przytłoczona otaczającą ją „przestrzenią” - wypełnioną przez ciemne, granatowo-brązowe szarości oraz pozbawione blasku biele. Ten wizualny ciężar barw zdaje się właśnie spychać i więzić postać kobiety w rogu przedstawienia. Siedzi ociężała, dłonie opierając na kolanach. Nadal materia otoczenia i jej ciała są sobie pokrewne, ale postaci nie wydobywa już światło. Słoneczne ciepło nie rozmywa konturów sylwetki. Kobieta, z każdą chwilą, coraz bardziej wnika w otaczające ją szarości.

   Stając przed pejzażem Leona Romanowa, widzimy ciemną górę o łagodnym wierzchołku, na rozświetlonej miejscowo płaszczyźnie nieba. Kiedy indziej piętrzy się za nią następna góra i jeszcze jedna. A każda doskonała w swoim kształcie, centralnie umiejscowiona, i zachowująca hierarchię wobec sąsiedniej. Materia, z której narosła góra jest dość tajemnicza. Powierzchnia tworu zdaje się być prawie jednolicie czarna, twarda i płaska, a jej skład chemiczny nie do rozpoznania. Czasem z nieokreślonego gruntu wydobywają się skalne płyty i rozstępują się, jak teatralna kulisa. Ale powstała wtedy wyraźna szczelina nie daje nam wcale dostępu do wnętrza pejzażu, bo na drodze wyrasta wzniesienie.
   Grunt, a więc ziemia. Niebo, a więc obszar, który staje się przestrzenią, dzięki światłu, napływającemu z górnych krawędzi przedstawienia, w formie poziomych pasm, albo drogą pionowych strumieni, łączących „punktowo” niebo z ziemią. Źródłem światła, w kompozycjach Leona Romanowa, jest również świetlista kula, unosząca się nad górotworami i rozdzielająca je. Przypomina słońce lub inne ciało niebieskie. Rozświetlony pastelową tonacją barw nieboskłon rozpościera się nad ziemią, lecz zdarza się, że jego gładka, nasycona kolorem, i prawie jednolita walorowo płaszczyzna styka się z podobną sobie - a rozpoznawaną poprzez znaczące „pośrednictwo” koloru - taflą wody. Światło pozwala nam rozpoznać wszystkie elementy tego oryginalnego krajobrazu i dostrzec równocześnie ich osobne, tylko sobie właściwe, „istnienie”. W objawionej, dzięki światłu, niezwykłości form i wytworzonej nastrojowości, odnajdujemy atmosferę romantyzmu.

Leon Romanow, Przed horyzontem, 1991, technika mieszana, płyta pilśniowa, 50x60 cm

   Twory natury, charakterystyczne dla przedstawień Romanowa wykonanych w technice mieszanej (tempera, akryl), są płaskie, precyzyjne w kształcie i w jednolitym wypełnieniu barwą. Występujące tu różne źródła światła mają także własną formę, delikatną i zbudowaną z subtelnych harmonii, które zaobserwować możemy w rozrzedzonym po deszczu powietrzu, w ciepły dzień. W plastycznych formach, odczytanych jako niewzruszone i niedostępne twory natury, często budujących kompozycje symetryczne, skrywa się tajemnica, której nie sposób zrozumieć z perspektywy kruchego, przemijającego, a więc jedynie ludzkiego życia. Patrząc na ciąg przedstawień kontemplujemy „pierwowzór” pejzażu, najbardziej dzikiego z możliwych, bo będącego właśnie w trakcie „wykształcania się”. Góry zdają się rosnąc i smukleć wprost na naszych oczach, próbując dosięgnąć nieba, piętrząc się przy tym zazdrośnie jedna nad drugą. Granitowe bramy z głuchym jękiem rozchylają swoje podwoje. W pewnym fragmencie krajobrazu, czyli w zasugerowanym przez artystę obszarze naszego widzenia, na pejzażowe tło nakładają się geometryczne leje, niewiadomego pochodzenia. I wiszą tak, przez jakiś czas, pomiędzy tym, co rozpoznajemy jako Ziemię oraz tym, co nazywamy Niebem. Statyczność form jest tu więc pozorna. Ruch kryje się również w wielości chłodnych zazwyczaj kolorów. Ale jego kwintesencją jest światło - wypływające z kilku źródeł, przybierające różne kształty, wyczulone na walor, a z nasycenia barw, innych form pejzażu, przyjmujące jakby jedynie ich zapach. Światło ujawnia też relacje zachodzące między wykreowanymi formami natury: ich sąsiedztwa, hierarchie, kontrasty kształtów, barwnych płaszczyzn, walorów, obszarów ciepła i chłodu.
   Niegdyś patrzyłam na obrazy Leona Romanowa, jak na fragmenty kosmiczno-technicznych pejzaży. Było w nich coś obcego, dalekiego. To wrażenie pozostało. Teraz jednak uzupełnione jest o jeszcze inne. Być może ważniejsze. To ukazanie form pierwotnych natury, zmaterializowanie - poprzez obraz - ukrytych procesów tworzenia, zachodzących wewnątrz nich. To opisanie świata, gdy ziemia była jeszcze rozgrzaną magmą, pokrytą dopiero co zastygłą skorupą. Gdy z jej wnętrza wydobywały się górotwory, tryskała lawa, a kontynenty tworzyły jedno. Bóg nie objawił się jeszcze jako biblijny patriarcha, znany z obrazów Masaccia i Michała Anioła. Nie pochwycił jeszcze w garść gliny i nie tchnął w nią życia. Ziemia nie jest jeszcze Gają, góry nie wieńczy świątynia, woda nie obmywa z grzechów. Nawet raj zdaje się dopiero być w zamyśle.
   Na dwóch obrazach, kończących tę prezentację, Leon Romanow przedstawił, znane nam już, monumentalne, skalne wrota, tym razem jednak, rozstępujące się szeroko w stronę nieokreślonej, świetlistej przestrzeni. Przedstawienia te, spośród innych jego prac zgromadzonych na wystawie, zdecydowanie wyróżniają się jasną i ciepłą tonacją barw, złożoną z rozbielonych brązów, beżów, ze śladami niebieskości i zieleni oraz fakturą. Ktoś powiedział, że ukazują „przejście”. Tak, ja również mam takie wrażenie, patrząc na bramę, złożoną z dwóch monolitów, „wyrosłych” z morskiego dna i odbijających się w wodzie. Są jak kwintesencja trwania. Ustąpiły - poruszone nadludzką siłą, i właśnie otwierają się do wnętrza wyobrażenia. Przypominają dwie skały, które stały na drodze Odyseusza do Hadesu, tu jednak już bez Skylli i Charybdis...

Hanna Strychalska

 

Reprodukcje pochodzą ze zbiorów Galerii Autorskiej Jana Kaji i Jacka Solińskiego - Bydgoszcz, ul. Pomorska

Wstecz

inne teksty