* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
inne teksty - recenzja
wstecz

Jarosław Jakubowski

Kościół powszechnie sprywatyzowany

   Dwie nowe powieści współczesne przynoszą ważne diagnozy polskiego katolicyzmu. Kłopot w tym, że są to oceny rzadko tylko wykraczające poza doraźne, publicystyczne spory.

   Karol Maliszewski napisał wielogłosową powieść „Sajgon”, którą równie dobrze można potraktować jako cykl opowiadań połączonych czasem i miejscem. Czas – współczesność, miejsce – prowincjonalna Nowa Ruda z osiedlem zapuszczonych (pod każdym względem) ruder zwanych „Sajgonem”. Akcja rozgrywa się w środowisku lokalnej inteligencji – są tu nauczyciele, siostra zakonna, lokalny literat „Maliszewski Karol” nota bene. Każdy z nich ma do opowiedzenia własną prawdę o miejscu, w którym żyje. Jeden z bohaterów, podczas szkolnej pielgrzymki na Jasną Górę, mówi: „Żeby żyć pozorem pełni, trzeba mieć w sobie chociaż pozory prawdy. Nawet nasz głupi oddech musi mieć poczucie sensu, musi rozgrywać się, zachodzić w prawdzie”.
   Głód sensu towarzyszy tu wierzącym i niewierzącym. Ale każdy z nich sens rozumie po swojemu. Bohaterowie Maliszewskiego nie szczędzą krytyki Kościołowi instytucjonalnemu. Jeden z nich nazywa go „instytucją zakłamaną i sztuczną”, co nie przeszkadza mu jednocześnie twierdzić, że „jest świat poza tym światem”. Konsekwencją takiego rozdwojenia jest tworzenie czegoś w rodzaju prywatnych, międzyludzkich Kościołów, iluzji która zaspokaja głód transcendencji, a jednocześnie daje poczucie „chociaż pozorów prawdy”.
   Nie brak w nowej powieści Maliszewskiego ociekających brudem opisów brzydoty małomiasteczkowej rzeczywistości, której najważniejszymi kreatorami są nie władza, szkoła i Kościół, ale ulica. Wśród kolejnych aktów bezsilności wobec powszedniejącego upadku, pojawiają się jednak wyznania świadczące o tym, że walka trwa i nie wszystko jeszcze stracone. Swoistą filozofię działania reprezentowaną w „Sajgonie” dobrze oddaje credo jednej z postaci: „Wierzę w człowieka. Nie w siebie samotnego i jedynego. Wierzę w to, co zachodzi między ludźmi, wierzę w gorzkie, trudne człowieczeństwo uginające się pod ciężarem następnej trumny”. A w innym miejscu czytamy: „Jedynym jesteś wtedy, gdy inni mają z tego pożytek”.
   Czy jednak w tym międzyludzkim, antropocentrycznym „Kościele” jest miejsce na samego Boga? Pisarz unika jednoznacznej odpowiedzi, co częściowo uzasadnione jest samą konstrukcją powieści. Jedna z bohaterek wyznaje, że „Chrystusa pojęła jako zadanie”, inny narrator szkicuje zaś taką wizję eschatologiczną: „Jest (...) jakaś myśląca, czuła próżnia. Z tą próżnią trzeba dojść do porozumienia. Sprawiedliwa otchłań”. Szkoda, że Maliszewski pozwolił „rozpuścić się” ważnym problemom, których w tej książce zaledwie dotyka. Świetne, reportażowe fragmenty aż się proszą o równie mocne, wyraziste postaci, które zdołałyby unieść tak ważne dziś pytania o to, jaką rolę powinien spełniać Kościół i religia w życiu społecznym i czy możliwy jest w życiu katolika kompromis pomiędzy realiami państwa świeckiego a dogmatami wiary. Z pewnością „Sajgon” nie jest powieścią katolicką, ale można potraktować go jako literacką metaforę świadomości człowieka poszukującego, a być może nawet – odnajdującego, „[...] bo Bóg bez nas nie pociągnie, tak jest słaby, chromy i ludzki, jak również i my bez Niego jak te szmaciane figurki w podpalonym przez faszystów wędrownym, żydowskim teatrze”.
   Podobny niedosyt pozostawia przeszło 450-stronicowa powieść Jerzego Sosnowskiego pt. „Instalacja Idziego”. To dla odmiany historia rozgrywająca się w latach 2003-2004 w Warszawie i najbliższej okolicy. Pisana zaś, jak głosi podpis na końcu, w lipcu 2004 oraz w lipcu-grudniu 2008 roku, a więc tuż przed i tuż po ważnym epizodzie w naszej historii najnowszej, który jedni nazywają „rewolucją moralną”, inni „IV RP”, a jeszcze inni „kaczyzmem”. Książkę Sosnowskiego można nazwać wielką rozprawą o polskiej duchowości, w której katolicyzm wciąż pełni rolę szczególną. Nie jest już przede wszystkim konstytucją życia duchowego większości Polaków, ale instrumentem manipulacji dokonywanej zarówno przez prawicę, jak i lewicę. Sosnowski pragnął pokazać, że katolicyzm albo szerzej - chrystianizm zamiast być elementem wojny ideologicznej, powinien stać się czymś większym i głębszym, sprawą życia i śmierci. Stąd postać Idziego Janika, dwudziestolatka, który – mówiąc najkrócej, ale i najściślej – „świecił”. To taki polski, współczesny „jurodiwy” – cały poświęca się dla innych, posiada dar uzdrawiania i wywołuje u ludzi nieposkromioną potrzebę zwierzania się z najintymniejszych tajemnic. Wkracza w momencie, kiedy życie publiczne targane jest niepokojami: wybucha afera pedofilska z udziałem znanych ludzi, trwa gra teczkami wyciąganymi z archiwów IPN-u, a ideologiczny spór między – ogólnie mówiąc – liberałami a konserwatystami zdaje się osiągać swoje apogeum. Główny bohater powieści, dziennikarz telewizyjny Waldemar Wilkowski (domniemany ojciec Idziego) w pojawieniu się chłopaka widzi szansę na zmianę swojego życia, poddanemu nieznośnej ambiwalencji. Wprawdzie kiedyś „pod wpływem lektury świętego Augustyna postanowił rzucić wszystko w diabły i zostać księdzem”, ale ostatecznie został... notorycznym rozwodnikiem, który właśnie próbuje ocalić rozpadający się związek z czwartą żoną.
   Tyle że w świecie powieściowym Sosnowskiego żadna z postaci nie przechodzi poważniejszej przemiany – szuje pozostają szujami, feministki feministkami, narodowcy narodowcami, a hamletyzujący Wilkowski nie potrafi przyjąć „dziwacznego daru”, jakim był w jego życiu Idzi. Nie brak w tej historii wyrazistych bohaterów (jak choćby przeżywający kryzys powołania ksiądz Cabaj czy też czule zarysowana postać Teresy, żony Wilkowskiego), ale ich dylematy podane są na ogół w formie monologów; brakuje ostatecznego starcia przeciwstawnych racji, tak jakby wszyscy chcieli być dla siebie do końca mili i uprzejmi. Dramat rozgrywa się raczej w sferze myśli i deklaracji, niż w świecie rzeczywistych wyborów. Te, mam wrażenie, zostały dokonane poza bohaterami, którzy biernie na nie przystają.
   Jedyną postacią powieści, która zachowuje się konsekwentnie, czyli w zgodzie z własnymi przekonaniami, jest Idzi. Czy to nie paradoks, że jest jednocześnie w tej historii kimś najmniej realnym? Metaforycznie odczytując jego wypadki możemy powiedzieć, że katolicyzm to dana nam szansa, owa tytułowa „instalacja”, a to czy z niej skorzystamy, czy nadamy jej praktyczny, codzienny wymiar, zależy już od nas.
   Co zrobiliśmy ze swoją wolnością? – pytają obaj pisarze. Odpowiedź, sądząc po obu powieściach, wydaje się oczywista: nie potrafimy skorzystać z tego daru. „Co mam zrobić, żeby wyłamać się z tego bardziej? Z czego właściwie chcę się wyłamać?” – zastanawia się bohater Maliszewskiego, „Żyć naprawdę, jeśli tylko będzie to możliwe” – asekuruje się bohater Sosnowskiego, obaj tak samo bezradni. Ale od literatury mamy prawo oczekiwać czegoś więcej niż stawiania słusznych skądinąd pytań i sprawnego skatalogowania publicystycznych spostrzeżeń.

Jarosław Jakubowski

 

Karol Maliszewski, Sajgon, Biuro Literackie, Wrocław 2009
Jerzy Sosnowski, Instalacja Idziego, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2009

Wstecz

inne teksty - recenzja