* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
sylwetka
wstecz

Małgorzata Lebda

Samotnik z Lisiej Góry - rzecz o Janie Rybowiczu

                                                                     Mówię ci,
                                                                     z całej twojej
                                                                     twórczości
                                                                     zostanie w końcu –
                                                                     jeśli coś zostanie! –
                                                                     tylko
                                                                     jedno
                                                                     słowo!

                                                                     List do samego siebie

   „Jednym z najbardziej dyskutowanych autorów już właściwie dziewiątej dekady był Jan Rybowicz (Koźle na Opolszczyźnie 1949 – Lisia Góra k. Tarnowa 1990), młodo zmarły poeta i prozaik, imający się początkowo różnych zawodów, trochę student”1. Tak charakteryzował pisarza Piotr Kuncewicz. Warto zatrzymać się nad jego losami i twórczością. Tragicznie zmarły, zapomniany Jan Rybowicz coraz mocniej wpisuje się w świadomość współczesnych czytelników. Wszystko za sprawą wydarzeń artystycznych ostatnich lat, którymi były płyty zespołu Stare Dobre Małżeństwo: Tabletki ze słów (2006), Jednoczas (2008) , Odwet pozorów (2009) . Znalazły się na nich kompozycje muzyczne do wierszy poety. Ważną rolę odegrały również spektakle tarnowskiego teatru „Nie Teraz”, oparte na utworach pisarza. Działania te zapowiadają wciąż możliwy renesans czytelniczy Rybowicza.
   Środowisko, w jakim się urodził i wychowywał, zdeterminowało jego przyszły los. Rodzice Rybowicza poznali się podczas podróży pociągiem2. Helena pochodziła z Lisiej Góry pod Tarnowem, Józef Rybowicz z zawodu ślusarz, z Binarowej koło Biecza. Ojciec przyszłego poety w czasie wojny był więźniem obozu pracy w Elblągu, potem trafił na Ziemie Odzyskane do Koźla. W 1947 roku Helena i Józef pobrali się i zamieszkali w Koźlu przy ulicy Kraszewskiego. W 1948 roku urodził się Marian, rok później Jan, w 1951 Grażyna, a w 1953 Leszek.
   Rybowiczowie przez czternaście lat mieszkali w Koźlu. Rzeczywistość tamtych lat nie rozpieszczała ich. Bieda była wszechobecna. Dopiero około 1960 roku sytuacja zmieniła się, kiedy Helena Rybowicz zaczęła pracować na pełnym etacie w sklepie. To podniosło standard ich życia: nowe meble, więcej lepszego jedzenia, a z czasem nawet używana pralka Frania. W 1962 Helena postanowiła przenieść się do odziedziczonego po zmarłej babce domu w Lisiej Górze. Przeprowadzka nastąpiła latem 1963 roku. Józef Rybowicz był jej niechętny. Jednak po namowach w tym samym roku zjechał z chłopcami do tej typowej peerelowskiej wsi. Dla wychowywanych w mieście Mariana, Jana, Grażyny i Leszka przeprowadzka była wielką życiową zmianą. Trudno było przyzwyczaić się im do wolnego tempa życia w Lisiej Górze. Tęsknili za dzieciństwem w Koźlu, które – jak wspomina siostra Rybowicza, Grażyna – śniło im się po nocach.

 

Samouk
                                                                     Niesforny student wywalony z uczelni,
                                                                     leniwy, choć żywy jak iskra,
                                                                     stanie się wielkim wynalazcą

                                                                     Odwet pozorów


   Sporo młodzieży z „wiochy” wyjeżdżało na studia i na ogół nie wracało. Oprócz kilku sklepów, kościoła, posterunku milicji, weterynarza, ośrodka zdrowia, typowe dla wsi były bar i niedzielna kolejka za piwem. W miejscowym Klubie Rolnika odbywały się sobotnie potańcówki. Raz na jakiś czas organizowano pokaz filmowy w remizie strażackiej. Jan szybko nauczył się czytać i stał się bywalcem bibliotek (szkolnej i miejskiej), gdzie pierwszy raz zaprowadził Grażynę. Potem zaczął chodzić do szkoły zawodowej. W wieku 16-17 lat, przerwał naukę i rozpoczął pracę w magazynach Państwowego Związku Gminnych Spółdzielni. Pracował ze starszymi mężczyznami, wśród których picie wódki oraz palenie papierosów było wręcz obowiązkowe. Jak wspomina siostra, otrzymał tam „prawdziwą” szkołę życia. Po jakimś czasie zapragnął zmiany. Z małą przerwą ukończył liceum wieczorowe. Ta przerwa to marzec 1968 roku. Podczas manifestacji w Tarnowie z okna szkoły krzyczał prawdopodobnie jakieś hasła3. Całą klasę szybko rozwiązano i wyrzucono ze szkoły. Mimo to Rybowicz zdał maturę, następnie próbował dostać się na studia do Krakowskiej Szkoły Teatralnej. Starania zakończyły się fiaskiem. Rok później rozpoczął studia na polonistyce na Uniwersytecie Jagiellońskim, które szybko przerwał. Wspominał potem, że Uniwersytet go rozczarował. Po rezygnacji ze studiów trafił do wojska. I ten epizod w jego życiu nie trwał długo: po otrzymaniu odznaczenia „wzorowego żołnierza” dopuścił się czynu kwalifikującego go do wyrzucenia z szeregów armii4 .
   Koleje losu rozłączyły rodzeństwo Rybowiczów. Marian wyjechał z Lisiej Góry do pracy. Osiedlił się na stale w Tarnobrzegu i młodo ożenił. Po ukończeniu Liceum Pedagogicznego w Tarnowie Grażyna wyjechała do Krakowa. Po studiach na UJ wyszła za mąż, a po kilku latach wraz z mężem opuścili kraj.

 

Poeta
                                                                     Radujcie się, dobrzy ludzie,
                                                                     bo oto narodził się poeta

                                                                     Debiut poetycki


   Po powrocie do rodzinnego domu Jan Rybowicz pracował dorywczo, coraz częściej marzył o pisaniu. Jak wspomina siostra, któregoś dnia wysłał do „Gazety Krakowskiej” notatkę na temat najdłuższego zdania w literaturze. Szalał z radości, kiedy została opublikowana5. W Lisiej Górze już tylko on mieszkał przy rodzicach, którzy z czasem wybudowali nowy dom. W tym starym miał swoją siedzibę i „pracownię pisarską”. Debiutem poetyckim Rybowicza był wiersz Wyobraźnia wydrukowany w „Gazecie Południowej” w listopadzie 1976 roku. Potem w miesięczniku „Nowy Wyraz” w grudniu 1978 roku zadebiutował opowiadaniem Jak zostałem pisarzem6. Doczekał się również debiutu dramaturgicznego. W telewizji 1 maja 1980 roku pokazano monodram Najpiękniejsze opowiadanie świata w reżyserii Stefana Szlachtycza. W roli głównej wystąpił Leszek Piskorz ze Starego Teatru w Krakowie.
   Rybowicz uwielbiał oprócz pisarzy amerykańskich (w których podziwiał moc słowa i wiarygodne opisanie rzeczywistości), również polskich klasyków np. Jana Kochanowskiego, według niego poetę, który osiągnął szczyt poetyckiego kunsztu7. W liście do Krzysztofa Gąsiorowskiego wymienia swoich ulubionych pisarzy polskich: Gąsiorowski, Śliwiak, Szymborska, Goczoł, Bierezin8.
   Jan Rybowicz był bardziej płodny w prozie; wydał cztery tomy opowiadań, co przy trzech raczej skromnych objętościowo tomikach mogłoby przemawiać za nazwaniem go przede wszystkim prozaikiem. Czy jednak aby na pewno? Kim czuł się on sam? Śledząc wypowiedzi autora O kay, można zauważyć, jak dużą wagę przywiązywał do poezji. W wywiadzie udzielonym Józefowi Baranowi – na pytanie, kim czuje się bardziej poetą czy prozaikiem – odpowiada:

            Wiersze – jak sam mówiłeś – pisze się w błysku […]. – Ja nie pracuję długo nad wierszem,             żebym dziś zaczynał, napisał pół wiersza, jutro skończył. Jak mi coś pstryknie w głowie,             lecę do maszyny i wiersz mam z głowy. W sensie pierwszego pisania. Bo potem skreślam,             poprawiam po kilka razy. Ale czuję, że poezja jest czymś szlachetniejszym. Jak Boga             kocham. Cymbał musi czytać opowiadanie, protokół ma 40 stron i coś z tego dopiero wtedy             zrozumie. A człowiekowi mądremu i rzeczywiście szlachetnemu wystarczy krótki wiersz.             I wszystko wie. Bo wiersz może wywołać u odbiorcy to samo, co ja czuję. Dlatego cenię             bardziej wiersze. I bardziej lubię pisać9.


   Zdawał sobie sprawę, że pisanie wierszy jest pewnym rytuałem, miał świadomość niedoskonałości w tej sztuce. W wierszu, Jeśli pisał:

            Jeśli jestem poetą,
            to jestem zwiadowcą
            – członkiem rekonesansu,
            forpoczty
            wysłanej w stronę śmierci.

            Która ucieka przed nami,
            jak uciekający łuk horyzontu.

            Jeśli jestem poetą,
            jeśli umiem pisać wiersze.
            Tak jakby ktokolwiek
            umiał to robić...


   W 1981 roku poeta na łamach lutowego numeru „Poezji” ogłosił tekst pod tytułem Poezja jest wszystkim. Jest to klucz do interpretacji i zrozumienia jego wierszy. Autor, nawiązując do sławnego hasła Edwarda Stachury, parafrazując je: „Poezja jest wszystkim, ale nie wszystko jest poezją”. Jan traktował poezję jako misję, do której został wybrany: „Wielu jest powołanych, ale niewielu wybranych – mówi Biblia. Wielu jest piszących wiersze, ale niewielu jest poetów – mówię ja, opierając się na powyższym”10. Uważał, że z faktu „bycia poetą” wypływają obowiązki: obowiązek bycia Człowiekiem, mówienia swojej prawdy, a nie prawdy innych ludzi, obowiązek bycia sobą. Bycie poetą zmusza do wiary, do rozumienia wszystkiego i wszystkich, dobra i zła, nie znaczy to, że ma się wszystko biernie przyjmować, akceptować. Poeta ma stać na straży dobra, walczyć ze złem.
   Autor Wiochy Chodaków zdążył wydać za życia trzy tomiki wierszy: Być może to (1980), Wiersze (1986), O kay (1990). Czy w poezji pisarza obecny jest mocno rzucający się w oczy leitmotiv? Odpowiedź na to jest trudna. Jan pisał bowiem utwory poruszające problemy natury filozoficznej, w tym metafizyczne, egzystencjalne, jak również wiersze o sprawach społecznych czy związane z istotą pisania – autotematyczne, skończywszy na wierszach o zabarwieniu miłosnym, czasem wręcz erotycznym. Nie można „zmierzyć” wątku, który dominuje w jego poezji. No bo i jak? Rybowicz był uważnym obserwatorem rzeczywistości, stąd wielość wątków, i jak sam pisał w liście z 1981 roku do Krzysztofa Gąsiorowskiego: „Pisarz i poeta nie może być fanatykiem w żadnym i każdym sensie!!!”.

 

Prozaik

   Rybowicz jest autorem czterech tomów opowiadań: Samokontrola i inne opowiadania (1980), Inne opowiadania (1985), Wiocha Chodaków (1986), Czekając na Becketta (1991). Pisarz niemal w każdym tekście pisze o wsi, jej ludziach, szarej, a czasami zatrważającej rzeczywistości. Nie znajdziemy tu toposu wielkich miast, metropolii, zgiełku cywilizacji. W życiu i w pisaniu uciekał od „miejskich” akcentów. Przy tym prosty język, celna diagnoza oraz puenta, to walory jego opowiadań. Jak zauważył Jan Marx:

            A przecież to proza znakomita, świetnie wpisana w małomiasteczkowe realia, to rzecz,             można powiedzieć, prawdziwie gogolowska, epopeja prowincjonalnej powszechności, z której             Rybowicz – jak Reymont – potrafi wycisnąć maksimum dramaturgii11.


   W twórczości autora Czekając na Becketta można wyodrębnić powtarzające się motywy. Swoim bohaterom nadaje smutne, czasem groteskowe odcienie, wchodzi do ich wnętrza – bada, przeprowadza swoistą wiwisekcję. Nie stroni od nazywania rzeczy po imieniu, nie owija w bawełnę, pisze całym sobą. Charakterystyczne, że niektórym bohaterom nadaje cechy swojego charakteru: dumę, butę, gwałtowność i spleen związany z beznadzieją egzystencji. Sam staje się bohaterem opowiadań; umieszcza w nich swoje alter ego, najczęściej pod pseudonimem Daniel Dominik. Józef Baran pisze o rybowiczowskich opowiadaniach:

            Jest to proza z solą i pieprzem, przejmująca w swojej wymowie jako wołanie z dna rozpaczy             człowieka udręczonego życiem i alkoholem, jako opowieść o knajpianych ludziach,             anonimowych prowincjuszach. Próbuje przybliżyć ich losy, mentalność, język, filozofię             „na cyku” – posiłkując się wisielczym humorem, sprężoną ekspresją. To proza potoczysta,             wartka, najlepsza w partiach, gdy autor trzyma się blisko konkretu i odsłania nieznane             pisarzom wielkomiejskim rejony ludzkiej egzystencji12.


   Warto przytoczyć kilka słów krytyki, jakie pod adresem debiutanckiego tomu Samokontrola i inne opowiadania autorstwa Leszka Bugajskiego:

            Rybowicz wchodzi do literatury z zupełnie odmiennym bagażem doświadczeń niż jego             rówieśnicy, że inny jest jego stosunek do literatury i do tego, co sam może z niej zrobić.             Jest niezależny od mód i koniunktury, i najzupełniej nie odczuwa z tego powodu             kompleksu. Jest człowiekiem przychodzącym z boku, niejako „świeżym”, i co najważniejsze             broniącym tej swojej „świeżości”, w której słusznie widzi podstawę własnej niezależności             literackiej13.


   Rybowicz stworzył na potrzebę swojego pisarstwa fikcyjną, zdawać by się mogło, miejscowość: Chodaków. Wiocha Chodaków – tak też zatytułował jeden z tomów swojej prozy. Wszystkie poszlaki wskazują jednak, że miejscowością, która stała się tematem jego prozy, była rodzinna Lisia Góra, na potrzeby literatury nazwana Chodakowem. Do dzisiaj mieszkańcy Lisiej Góry pytani o Rybowicza odpowiadają, że nikt go we wsi nie lubił. Ludzie mieli mu za złe, że opisywał ich w opowiadaniach. Tak też bez skrupułów i sentymentów robił. Natchnienia szukał w lisiogórskim barze, który często pojawia się w opowiadaniach.
   Rybowicz jest „pisarzem prowincji” i kronikarzem „życia prostego”. Te dwie cechy są na dodatek „doskonale polskie”, kulturowa specyfika polskiej prowincji, by nie rzec „polskiego zadupia”, z całym lokalnym folklorem, kolorytem społecznym i obyczajowym, to wspaniały arcyrealizm prozatorski. Tak, Rybowicz wiedział, o czym pisze i że jego „przypisanie” do Chodakowa – to jego siła. Nie starał się udawać kogoś innego niż był, nie wstydził się swego prowincjonalizmu, wiedział lub intuicyjne czuł, że wielkim walorem są słowa Gombrowicza, że „trzeba umieć słabość przekuć w siłę”. Chodaków stał się kwintesencją polskiego prowincjonalizmu, wcieleniem tzw. Polski B, nadwiślańską „wiochą globalną”. Ale w Chodakowie jest także coś z Macondo Gabriela Garcii Marqueza. Nie chodzi tu, rzecz jasna, o realizm magiczny i poetykę baśni, jaką znajdujemy w Macondo – porównuję te dwie „osady” bardziej w sensie miejsca imitującego cały świat, rządzącego się wewnętrzną kulturą, prawami, aksjologią, wreszcie własną biedą i małością. Bohaterowie Rybowicza, ich życie, losy, przygody – to nie tylko znakomite wizerunki psychologiczne; to także jakaś smętna ballada o „marności życia”. Rybowiczowskie Macondo to wyspa prowincjonalizmu na oceanie nowego, cywilizowanego świata. To rys socjologiczny – tak żyło się w PRL lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, taka licha była ta pseudouroda życia, perspektyw, możliwości. Przekładanie socjologizmu na psychologizm to mistrzostwo, jakie Rybowicz osiągnął. Te ballady o cichości i nędzy istnienia są równocześnie balladami o kolorowych charakterach, duszach. Jaki świat taki jego lud. I ten portret wyszedł pisarzowi po mistrzowsku. Alkoholizm był zmorą tamtej Polski i zmorą samego Rybowicza. Zdawał sobie z tego sprawę, miał świadomość klęski, która sączyła się w jego los z kieliszka. I jeśli przypomnimy sobie, że literatura „nurtu delirycznego”, od Malcolma Lowry’ego po Wieniedikta Jerofiejewa nie jest niczym nowym, to Rybowicz wniósł w ten nurt nasz rodzimy akcent. Był jednym z tych nielicznych, którzy przyznawali się do alkoholowej klęski i opisywali ją. Równocześnie ta nowelistyka, przy wszystkich jej cechach wyżej wspomnianych, jest niesłychanie „miękka” i czuła. Rybowicz sporo pisał o miłości, o potrzebie uczucia, potrzebie kobiety. Wszystko, co w tej prozie odbijało się także echem refleksji metafizycznej, świadczyło jak bardzo ten „prowincjonalny macho” wmyślał się w naturę świata i człowieka. Dlatego nad nowelistycznymi tomami Jana Rybowicza nie można przejść do porządku dziennego jako „nad prozą realistyczną i obyczajową”. Rybowicz zapisywał swój własny dramat życiowy. Formuła „życiopisania” wyartykułowana przesz Edwarda Stachurę znajduje w tym przypadku swą doskonałą egzemplifikację. Nie zapominajmy jednak, że każda tego typu twórczość staje się psychodramą. Bolesną autokreacją, za którą artysta płaci wysoką cenę.

 

Kaskader literatury
                                                                     Tak, przyjacielu. Dojdziesz i ty do tego.
                                                                     Jedyny nasz ratunek jest w obłędzie.
                                                                     W śrubie, zajobie, pierdolcu i obłąkaniu.

                                                                     Jedyny ratunek


   Należałoby zapytać o „pokoleniową” pozycję Jana Rybowicza i jego miejsce w poezji PRL-u, bo w latach osiemdziesiątych drukował najwięcej i jego nazwisko stało się „rozpoznawalne”. Nie należał do żadnej grupy poetyckiej, nie utożsamiał się z żadnym środowiskiem pisarskim, a tym bardziej nurtem czy stylem. Był klasycznym outsiderem, poetą samotnikiem; nie miał „instynktu stadnego”, ani żadnych innych „inklinacji grupowych”. Raczej czuł swoją osobność wobec rozmaitych wspólnot artystycznych i „salonów”. Jako mieszkaniec prowincji może nawet czuł kompleksy, które powodowały w nim nie tyle tęsknotę za wspólnotą, co stroszyły go przeciw niej. Był z rocznika 1949, uchodzącego w poezji za rocznik rozdarty. Jego nieco starsi „bracia” tworzyli Nową Falę, a więc poezję publicystyczno-polityczną, preferującą tzw. „mówienie wprost”. Pozostali proponowali indywidualizm, lirykę autentystyczną (np. krakowska grupa „Tylicz”), lub tzw. Nową Prywatność (gdańska grupa „Wspólność”). Nowa Fala zdominowała poezję polską lat siedemdziesiątych; pozostali poeci znaleźli się w stanie rozproszenia programowego. Raczej po tej stronie widzę Rybowicza, choć politycznie był tak samo zbuntowany jak „nowofalowcy”; nie ukrywał, wręcz manifestował swoją niechęć do PRL. Był poetą żywiołowym, bardziej „intuicyjnym”, spontanicznym, niezależnym od mód literackich. Pewności siebie nabierał w miarę publikowania swoich utworów. Jednak korespondencja z redaktorami pism i wydawnictw świadczy, że do końca traktowano go jako skromnego „petenta”, „poetę z własnego nadania”, talent samorodny, tym samym osobny. Był outsiderem, buntownikiem, czasami agresywnym i aroganckim, który sprzeciwiał się Wszelkim Majestatom, w tym także Majestatowi Państwa Ludowego. Nie miał przy tym tzw. „asekuracji” ani instynktu samozachowawczego. Zadufana wiara we własny talent, właśnie taka, jaką na ogół posiadają tylko grafomani albo geniusze, nie przysporzyła mu zwolenników w środowisku literackim. Rybowicz absolutyzował poezję jako wartość najwyższą i podporządkowywał jej wszelką pragmatykę życiową. Najczęściej spotykało to wagabundów, „niebieskich ptaków”, w końcu straceńców, którzy wkładali rękę w gorący ogień liryki, nie czując, że ona parzy i w końcu spala. Zwykło się ich nazywać „poetami wyklętymi” lub „przeklętymi”. Patronem „poetów wyklętych” został Franciszek Villon, choć absolwent Sorbony, to jednak awanturnik, nożownik i rzezimieszek, który po wyroku cudem uniknął śmierci na szubienicy. Termin poètę maudit wykluł się w liryce francuskiej w XIX wieku. W 1884 roku Paul Verlaine w książce Les poètes maudits, do „wyklętych” zakwalifikował sześciu poetów (w tym samego siebie). Termin Verlaine’a zrobił zawrotną karierę. W samej tylko Francji natychmiast do tej kategorii dołączono Charlesa Baudelaire’a, a potem za autorem Kwiatów zła, tę gildię poetycką wzbogacono o nazwiska z całego świata. Za „poetę wyklętego” miano artystę zbuntowanego, wygrażającego światu pięścią, nie respektującego norm obyczajowych i społecznych; straceńca, który za swoją wolność i wolność swojej sztuki gotów był oddać życie. A zwłaszcza tego, którego w kwiecie lat i twórczości zabierała śmierć. W Polsce w okresie powojennym do tego szeregu nieszczęśników wszelkiej maści i „chuliganów” literatury zalicza się: Andrzeja Babińskiego, Jacka Bierezina, Andrzeja Bursę, Stanisława Czycza, Józefa Gielo, Ryszarda Milczewskiego-Bruno, Halinę Poświatowską, Kazimierza Ratonia, Stanisława Swena Czachorowskiego, Rafała Wojaczka, Edwarda Stachurę, Włodzimierza Szymanowicza, z najmłodszych Mirosława Nahacza. Także Jana Rybowicza. Więc są to poeci nieporównywalni w kategoriach poetyki i stylistyki lirycznej. Dogmat ich odrębności i indywidualności – to ich cecha „gatunkowa”; podobni być nie mogli, to by ich obrażało; naruszało ich potrzebę i poczucie inności. „Poetów wyklętych” łączył także, jak pamiętamy, bunt wobec zastanego świata, prowokatorski stosunek do otoczenia, szaleńczy styl życia, nadekspresja emocjonalna, wygrażanie pięścią kosmosowi, samotnictwo, chodzenie własnymi ścieżkami, także – bardzo często – kult śmierci. Wobec nich przyjęło się określenie: „kaskaderzy literatury”, a więc ci, którzy dla literatury ryzykują, płacą za nią cenę najwyższą. Sprawie tej szczególnie dużo miejsca poświęcił Jan Marx, który w dwóch tomach Legendarnych i tragicznych omówił trzynaście rodzimych przypadków poètes maudits, a wśród nich Jana Rybowicza14. Podkreślając odmienność opisywanych twórców Marx rozpoznawał nadrzędne cechy ich „kaskaderstwa”: nadwrażliwość, bezceremonialność, szorstkość, ekstrawagancję, brutalność, dosadność, rozpacz, pesymizm, erotyzm i hedonizm, w końcu autodestrukcję i skłonności samobójcze. Rybowicz mieści się w tym opisie, lecz raczej jako reprezentant „poetów wyklętych”, których wydawała każda epoka. Sam zresztą dorastał twórczo w okresie, kiedy w Polsce rozbudziło się bardzo namiętne zainteresowanie, w zasadzie fascynacja rodzimymi poetami wyklętymi i zdarzyło się kilka znamiennych przypadków ich spektakularnej śmierci.
   Przypomnijmy: w roku 1971 popełnił samobójstwo Rafał Wojaczek, w 1979 tragicznie odeszli Edward Stachura i Ryszard Milczewski-Bruno, w 1981 – Józef Gielo, w 1983 – Kazimierz Ratoń. Zwłaszcza śmierć Stachury poruszyła środowisko literackie i opinię publiczną. Dzięki jej zmitologizowaniu Sted stał się guru młodych roczników poetyckich; pierwszym „kaskaderem”. Na dwudziestolecie 1971-1991 – otwarte śmiercią Wojaczka i zamknięte śmiercią Rybowicza – przypada szczyt popularności „poetów wyklętych”. I w tym „rozdziale” literatury należy głównie plasować autora Wiochy Chodaków, który miał przecież świadomość swej szaleńczej determinacji i „skrajności”. Jednak żył i tworzył za opłotkami rówieśnej literatury, chyba nawet wbrew niej. Epoka Beat Generation nie zajrzała do Lisiej Góry, ale jej „duch sprzeciwu”, buntu, złości wobec zastanego świata znalazł sobie rzecznika w Rybowiczu. Gdzieś obok Nowa Prywatność toczyła spory z Nową Falą, a Rybowicz nie brał w tym udziału, bo nie wiedział, co jest autentyczne, oprócz tego, co autentyczne było w nim samym. Rok 1991 nie zamknął smutnego pasma odejść; w późniejszych latach tragicznie lub przedwcześnie umierali kolejni twórcy: Cezary Abramowicz, Tomasz Agatowski, Jacek Bierezin, Mieczysław Czychowski, Jan Drzeżdżon, Stanisław Gostkowski, Marek Obarski. Każdy z nich w mniejszym lub większym stopniu był dramatycznym kochankiem Poezji i jej „kaskaderem”.
   Warto przywołać w tym miejscu wspomnienie Stanisława Potępy:

            Jan Rybowicz, to niemal dosłowny życiorys „wyklętego poety”, jak z Bruno-Milczewskiego,             Stachury i Wojaczka, pisarza zdobywającego uznanie i szlify literackie wręcz z nożem             w ręku. Bałaganiarskie życie, lektury Joyce’a, Faulknera i kufel piwa, flaszka i rozpaczliwa             samotność w tłumie, kobiety za szybą i gorycz porażek, i tryumfy niemal przez łzy. Jednak             równocześnie hardość aż odpychająca, jakby chodził z siekierą w ręku, a czasami poezja             tak czuła, że aż przestraszona sobą15.


   Co łączyło Rybowicza z Bursą, Wojaczkiem, Ratoniem? Jedno na pewno: alkoholizm! Ten przeklęty spiritus „poetów wyklętych”, ich „benzyna”, ich „narkoza”, ich narkotyk... A także niedbałość o „uporządkowane życie”, włóczęgostwo, brak „nabożeństwa” wobec norm ładu publicznego, „bylejakość” życia, straceńczy, wyniszczający tryb życia, abnegacja, apoteoza śmierci... Innymi słowy to, co różni poetów typu Rimbauda od poetów „gabinetowych”, poetów typu Villona od poetów „w bonżurkach”. Styl uprawiania poezji i styl życia. Ale to nie znaczy: stylistyka poezji. Ona w każdym przypadku bywa różna. Choć, rzecz jasna, prozaizmy, trywializmy, wulgaryzmy łatwiej znaleźć u Wojaczka czy Rybowicza niż u Goethego czy Staffa. To jest ta różnica „szkół” i „salonów”, jednak nie oznaczająca jednorodności warsztatów.

 

Kobiety
                                                                     Pomyśl sobie, kobieta czeka cię gdzieś,
                                                                     wypatruje, tęskni,
                                                                     ma dla ciebie takie dobre rzeczy,
                                                                     a ty uciekasz od niej
                                                                     jak od dżumy albo czegoś w tym rodzaju,
                                                                     czy to ładnie?

                                                                     Nie bój się kobiet


   Rybowicz często pisał o kobietach; miłość do nich była dla niego uczuciem niezwykłym i dającym siłę. W połączeniu z pożądaniem była siłą niszczącą, nieokiełznaną. Dlaczego nigdy nie założył rodziny? Czy dlatego, że bał się odpowiedzialności i obowiązków? Józef Baran wspomina, że od marca do maja 1981 Jan kochał się platonicznie i z właściwą sobie gwałtownością – „na zabój” – w dziennikarce pewnego tarnowskiego tygodnika i wypisywał do niej szalone listy. W kilka lat później opublikował Listy do Elżbiety w tomie Inne opowiadania, co wywołało środowiskowy skandal i o mało nie zakończyło się w sądzie. Zdaniem Barana Listy do Elżbiety są cymesem literackim, czyta się je jednym tchem, śledząc jak wyobraźnia roznosiła poetę, i jak temperatura miłości narastała niemal z godziny na godzinę. Jednak z relacji samej muzy16 wynika, że wszystkie listy wyrzucała, a samego Rybowicza i korespondencję z nim traktowała bardziej jako żart niż głębokie, prawdziwe relacje:

            Kiedyś wreszcie powiedział, że mnie kocha. Właściwie nie powiedział, a napisał. Przez wiele             tygodni przysyłał mi codziennie na adres redakcji list, czasami dwa. Zwykle była to jedna             kartka z idealnym obrazem idealnej kobiety. Byłam jego muzą! Listy te czytałam głośno             kolegom, zaśmiewaliśmy się do rozpuku. Nie zatrzymałam sobie ani jednego, wszystkie             wyrzucałam. Całą tę historię uznałam za jedno wielkie głupstwo17.


   Elżbieta po emigracji z Polski zapomniała o Rybowiczu, dopiero kilka lat temu przeczytała Listy do Elżbiety: „Przeczytałam te Listy. Rumieniłam się przy każdej linijce. Rybowicz wziął swój odwet. Nie mam dzisiaj tej książki w domowej biblioteczce”18.
   Interesujące są również listy Rybowicza do warszawianki, Ireny Puciło, która pracowała w Ministerstwie Kultury. Początkiem tej korespondencji był list wystosowany do poety po przeczytaniu jego utworu w jednym z pism:

            Dziękuję za miłą kartkę. Gorączkowo poszukuję kobiety na dalszą drogę życia, więc proszę             – jeśli Pani zechce – o kilka bliższych szczegółów o sobie czyli o Pani w formie, powiedzmy             – […] ankiety personalnej. Albo matrymonialnej oferty19.


   Wiadomo, że Irena Puciło spotkała się kilkakrotnie z poetą; jak można wnioskować z listów – nie były to spotkania udane. W jednym z listów przepraszał:

            Wybacz, że to nasze pierwsze spotkanie tak niezbyt dobrze wyszło, z mojej strony.             Zachowałem się haniebnie, pokazałem się z tej najgorszej swojej (czyżby istotnie             prawdziwej?) strony20.


   Znajomość ta nie zakończyła się związkiem, chociaż Rybowicz wielokrotnie akcentował, że: „aby było życie, trzeba drugiego człowieka”. W liście do Józefa Barana pisał: „Jestem zerem, zerem, zerem, nie mam dziecka, kobiety, celu życia. Nawet nie wiesz jak ci tego zazdroszczę”21. W liście do Marka Wawrzkiewicza, Jan pisał o tajemniczej kobiecie: „Informuję uprzejmie, że w tamtym roku zakochałem się, a obecnie muszę i chcę się żenić. Niebawem. Na gwałt potrzebuję pieniędzy”22. Czy był to tylko chwyt dla przyśpieszenia wypłaty honorarium? Czy Rybowicz naprawdę chciał się żenić? Pozostało to tajemnicą.

 

Rybowicz a PRL

   Czasy komunistycznej rzeczywistości PRL-u, w jakich przyszło żyć Rybowiczowi, działały na niego jak „płachta na byka”. Józef Baran wspominał, że Rybowicz miał problemy z ówczesną władzą. Na początku stanu wojennego trafił do obozu internowania w Załężu koło Rzeszowa. Czuł się tam – jak później relacjonował – jak u Pana Boga za piecem. Napisał kilka dobrych wierszy. W liście z Załęża do Józefa Barana pisał:

            Forsę na „wypiskę” mam, papierosy mam, leżę bykiem cały dzień i czytam bibułę             komunistyczną dostarczaną nam w formie „Trybuny Ludu” i książek z więziennej             biblioteczki. Ładuję się jak akumulator, który zacznie pracować na wolności, czyli pisać. […]             Trzymaj się i bądź dobrej myśli. Żadna WOJNA nie trwa wiecznie. Nie siedzimy tu             nadaremno, na pewno!23


   Że „komunistów nie kochał”, czytamy w kolejnym liście do ówczesnego dyrektora Państwowego Instytutu Wydawniczego, Andrzeja Wasilewskiego:

            W związku ze skierowaniem przez Prokuraturę Rejonową w Tarnowie do Sądu Rejonowego             „aktu oskarżenia!” przeciwko mnie o jakoby „znieważenie tzw. PZPR”, informuję,
            że na procesie, jeśli się odbędzie, zamierzam udowodnić, że PZPR tzw. jest przestępczą,             faszystowską i kryminalną organizacją polityczną działającą w Polsce nielegalnie –             polskowatą frakcją komunistycznej partii Rosji. Nie wiem, czy Pan należy do PZPR, ale jeśli             tak, to jest chyba jeszcze czas rzucić legitymację partyjną. Bo wiadomo, że PZPR jako             organizacja przestępcza, zmuszała ludzi do wstępowania w ich szeregi, szczególnie tych,             którzy zajmowali lub zajmują poważniejsze i kierownicze stanowisko! Proszę pamiętać,             niebawem PZPR będzie zakazana przez prawo w Polsce, nawet to ułomne prawo
            i sfałszowaną Konstytucję, która nadal obowiązuje! Więc proszę uprzejmie zlecić komuś
            tam, aby wysłał mi moją forsę. Pozdrawiam. I wiem, że Pan, nawet gdyby należał do PZPR,             to duchem jest Pan z ludźmi uczciwymi, bo jest Pan – sądzę człowiekiem i dobrym,             i szlachetnym, i uczciwym z natury. Chyba się nie mylę?24


   O determinacji i „szaleństwie politycznym” Rybowicza świadczy fakt, że takimi słowami zwracał się do Andrzeja Wasilewskiego, ówczesnego sekretarza KC PZPR, a więc jednego z przywódców partii komunistycznej. Tenże Wasilewski, będący dyrektorem Państwowego Instytutu Wydawniczego, doprowadził do wydania w PIW-ie dwóch tomów opowiadań Rybowicza. Okazało się, że talent pisarza przedłożył ponad różnice poglądów politycznych, co w owym czasie nie było zjawiskiem często spotykanym. W liście do Wasilewskiego z 23 października 1984 roku Rybowicz w sposób dobitny diagnozuje rzeczywistość, w jakiej przyszło mu żyć:

            W naszym paranoicznym komunistycznym ustroju przestało już dawno dziwić mnie             cokolwiek. Co więcej, dziwnym byłby fakt, gdyby cokolwiek w PRL anno domini 1984             działało normalnie. Tym bardziej poligrafia. Więc nie ma sprawy […]. Żyję w idiotycznym             kraju i niewiele mogę na to poradzić. Rozpocznę chyba niebawem pisanie obszernej pracy             pt. „Dzieje idiotyzmu w Polsce”. Pański list zamierzam umieścić jako motto tej pracy.             Polityka wydawnicza PRL jest jednym z wielu przejawów tego idiotyzmu, niekoniecznie tylko             i wyłącznie z winy samych wydawców, o czym pisałem już dawno, tylko nikt mi nie chciał             tego wydrukować. Itd.25


   Rybowicz często był bez grosza przy duszy – pisał o tym wprost do wydawców i przyjaciół, nie szczędził przy tym przykrych słów ówczesnej władzy:

            Na gwałt potrzebuję pieniędzy. W dodatku za tydzień będzie posiedzenie sądu, gdzie             zamienią mi karę ograniczenia wolności, której odbywania odmówiłem, na dość dużą             grzywnę pieniężną, chyba około 10 tys. to będzie razem z kosztami sądowymi. Czy ta             nagroda Walki Młodych jest dalej aktualna? Potwierdzenia oficjalnego nie mam. I czy jeśli             tak, to nie dałoby się tych pieniędzy dostać jak najprędzej? Kurwa, jadę na długach,             żadnego stypendium nie dostałem, w tamtym roku pisałem pod koniec mało, bo te sprawy             sądowe, teraz ta grzywna, i jeszcze ślub, ja się kurwa zastrzelę chyba. I te pieprzone stawki             autorskie, grosze. Więc czy jest szansa na tę nagrodę, forsę, już? I gdzie tu pisać             monitować? Czy mógłbym Pana prosić o jakąś interwencję w tej sprawie, jeśli jest aktualna,             przyśpieszenie? Bo kogo mam prosić, komunistę Kanię? Proszę mi wybaczyć ton listu             i wulgaryzmy, ale szlag mnie już trafia. Wysłałem Panu ten artykuł. Pozostaję
            z szacunkiem i pozdrawiam. Proszę o mnie pamiętać![…]26.


   Wymowne są również symboliczne gesty, jakich używał poeta w celu wyrażenia swojej opinii o „systemie”. Na kopertach listów do Józefa Barana umieszczał niewybredne epitety w rodzaju: „PZPR do psychiatry”, co miało swoje konsekwencje. Baran w siedzibie Służby Bezpieczeństwa w Krakowie dyskutował z oficerem o walorach prozy swego kolegi. W końcu Rybowicza uznano za niegroźnego dla ustroju PRL wariata i pijaka i dano mu spokój27.

 

Alkohol
                                                                     I to każdy dzień naszego życia wtedy
                                                                     był najpiękniejszą poezją,
                                                                     wierszem, poematem...
                                                                     Być może, działo się tak
                                                                     za przyczyną najtańszego alkoholu,
                                                                     którego nadmiar
                                                                     wyszarpywaliśmy z siebie
                                                                     bez skrępowania,
                                                                     w rtęciowych zaułkach miasta...

                                                                     Być może, być może


   Przez całe dorosłe życie Jan Rybowicz przysparzał rodzinie trosk. Cierpiał na depresje. Leczył się głównie alkoholem, chociaż miał długie przerwy w piciu. Pod wpływem alkoholu robił się często zaczepny i agresywny. Jak wielu ludzi pióra szukał w kieliszku natchnienia, a jeszcze bardziej ucieczki od rzeczywistości, uśmierzenia bólu, zamazania lęków, zmór i wyrzutów sumienia; szukał także niemożliwego do odnalezienia ratunku. Świadczące o tym wątki odnajdujemy w jego opowiadaniach, wierszach, listach. Jan pisał do Józefa Barana: „Życie utrudnia mi alkoholizm, gwałtowny charakter, z którym nie umiem sobie poradzić oraz słaba odporność psychiczna”28. W innym z listów pisał: „Ile czasu straciłem pijąc miesiącami i nic nowego nie pisząc, ile forsy? Tylko Bóg jeden wie. A to wszystko z tego powodu, że nie mam kurwa mać żadnego bodźca do życia”29. Jak potwierdza Józef Baran: „Bodaj dwa razy trafił na odwykówkę do Kobierzyna i owocem tego pobytu stała się znakomita proza, która – kto wie – czy nie natchnęła potem literacko Jerzego Pilcha?”30
   Za główną przyczynę alkoholizmu pisarza przyjąć należy rzeczywistość, w jakiej żył. Szarość, jaką przynosiła codzienność w Lisiej Górze. Przebywanie w kręgu pijaczków z „Lisiogórzanki”, knajpy znajdującej się naprzeciw domu rodzinnego, nie pomagało mu walczyć z nałogiem. Z kolegami po piórze utrzymywał tylko znajomości listowne. Naznaczony jakimś fatalnym piętnem pił z lisiogórskimi menelami, zdając sobie sprawę, że poza wódką nie ma z nimi wiele wspólnego.

 

Anioł śmierci
                                                                     Aż przychodzi śmierć,
                                                                     i delikatnie, delikatnie
                                                                     wyjmuje nam pióro
                                                                     z omdlewającej ręki.
                                                                     Chyba jesteśmy jej wtedy
                                                                     wdzięczni za to.
                                                                     Śmierci.
                                                                     Chyba tak.

                                                                     Jeszcze o pisaniu


   Poeta zmarł w wieku zaledwie czterdziestu jeden lat. Jak pisano po jego śmierci, „zmarł tragicznie, a alkohol nie był tu bez znaczenia”31. Mieszkańcy Lisiej Góry, utrzymywali, że w noc poprzedzającą śmierć Rybowicz, dobrze już pod wpływem alkoholu, chcąc dostąpić pociechy duchowej, udał się do plebana by porozmawiać z nim o Bogu. Ten zaś nie miał ochoty na ewangelizację pijanego poety, zagroził, że użyje wobec niego wiatrówki. Przepędzony przez księdza, zasiadł Rybowicz w tę pamiętną noc do swojej ostatniej libacji. Nad ranem 21 października 1990 roku – już nieżywego – odkryła go matka32. Ojciec podejrzewał, że śmierć syna nie była przypadkowa. Sądził, że ktoś pomógł mu umrzeć, podając zatrutą wódkę.
   Prawdziwa przyczyna zgonu nie została oficjalnie podana. W Lisiej Górze Jan Rybowicz był osnuty „legendą” nieroba, pijaka i awanturnika. Śmierć poety była ciosem dla rodziny. Józef i Helena Rybowiczowie bardzo przeżyli jego odejście. Grażyna o śmierci brata dowiedziała się dopiero miesiąc później. Jej zdaniem był to tragiczny wypadek.
   Jan był naturą spontaniczną, nawet szaloną, porywczą, kierował się wyrazistymi emocjami stymulowanymi także przez alkohol. Zaznał w życiu wiele niepowodzeń, był karcony, odtrącany, wyrzucany (ze szkoły); szukał dla siebie miejsca w życiu i nie mógł go znaleźć. A kiedy zrozumiał, że jego pasją i przeznaczeniem jest pisanie, natrafił na kolejny mur. Częściej odmawiano mu druku niż drukowano. Wypisywał więc do redakcji i wydawnictw dziesiątki listów, często awanturniczych. Miano go tam za wariata i kloszarda; tylko niektórzy, jak Baran, Gąsiorowski czy Wasilewski rozumieli, że za tą spektakularną i szorstką „fasadą” kryje się prawdziwy talent. Oni też wiedzieli, że awanturnictwo i – powiedzmy wprost – chamstwo Rybowicza, to maska zakrywająca jego rozpacz, a nawet miękkość charakteru. Gdyby poeta był „twardy”, nie wycierałby progów w komunistycznych redakcjach. Ale jak mógł być „twardy”, skoro nie było alternatywy? Jak mógł konsekwentnie odrzucić peerelowską rzeczywistość, skoro tylko w niej mógł żyć i publikować. „Bycie pisarzem” to był cel nadrzędny. Wszystko inne było wykrzykiwaniem dramatu, rozdarcia, frustracji, matni między sobą i Polską. Jako samouk i człowiek prowincji był Rybowicz blisko tego typu twórczego, jaki określamy mianem „naturszczyka”. To był kolejny powód jego głębokiej frustracji, wyzwalającej agresję wobec świata wielkomiejskich redakcji i redaktorów. Wszystkie te okoliczności i cechy charakterologiczne spowodowały, że poetę z Lisiej Góry łatwo jest kwalifikować jako pisarza „wyklętego”. W czasie rozmowy z Józefem Baranem stwierdzał:

            Są rzeczy piękne i ideał, do którego się dąży. Dlatego w tym kierunku chciałbym iść. Zrobić
            coś dobrego. Był taki kawał […]. Jest taki salon (bo w Ameryce nie pokazuje slumsów, tylko
            salony), kanapka i nad kanapką taki po byku portret. Bandyta sycylijski na tym portrecie,
            a przy kanapce stoi nobliwa pani w średnim wieku, pince-nez pod okiem, i mówi
            do młodego człowieka, może bratanka: „Patrz, twój wujek wyróżnił się jednym. Zostawił
            świat o wiele gorszy niż go zastał”. Rozumiesz? Taki bandzior na portrecie…„Zostawił świat
            po sobie gorszym niż go zastał”. Cha, cha! nie mogę zapomnieć tego kawału. […]. No, że 
            ja nie chciałbym zostawić świata gorszego niż go zastałem. Trzeba coś dla kogoś zostawić.
            Dobrego33.

 

Człowiek z pobocza

   Rybowicz odczuwał swoje wyobcowanie, to, że „prawdziwe” życie literackie toczy się gdzieś poza nim, w wielkich centrach: Warszawa, Kraków, Poznań. W liście do Józefa Barana pisał:

            Ja się nie wstydzę tego, że mieszkam na wsi, tylko wkurwia mnie to, że fakt ten jest dla             kogoś przesłanką, z której wyciąga wniosek, iż jestem tzw. poetą wiejskim, ludowym,             piszącym o wsi, że muszę, powinienem nim być! A ja dotąd nie napisałem ani jednego             wiejskiego wiersza. A urodziłem się i do szesnastego roku życia mieszkałem w Koźlu,             miasteczku na Górnym Śląsku (opolskie), obecna nazwa miasta: Kędzierzyn – Koźle.             A poza tym ma Pan zupełną rację, że o wartości poety jako takiego nie decyduje nic (!)             doprawdy oprócz jego wierszy. I mówię Panu, jak ja nienawidzę większości tych             skurwysynów, młodych „literatów” z Warszawy, którzy uważają, że sam fakt, iż mieszkają             w stolicy upoważnia ich do czegokolwiek nobilituje ich tfurczość [sic!] i tak dalej… Ktoś nawet             kiedyś usiłował zdemaskować w prasie te ich „poetyckie mafie” występujących pod szyldem             Kół Młodych ZLP, klany zasr…, kółka różańcowe wzajemnej adoracji…Pfuj!34


   Pisarz znalazł sposób (jak mu się wydawało) na zaistnienie w świadomości literackiego świata. Korespondencję ze środowiskiem literackim i przyjaciółmi Rybowicz traktował nie tyle jako obowiązek, ale sposób zaistnienia, zaakcentowania swojego pisarstwa. Z pewnością powodowała nim także samotność, potrzeba bliskości oraz troska o własne utwory literackie, o których druk prosił redaktorów literackich pism.
   Listy to także dowód na materialną nędzę, w której żył poeta. Niejednokrotnie stanowią one komentarz do jego utworów, lecz co najważniejsze, przybliżają Rybowicza, jako człowieka, wyjaśniają wiele wątków z jego biografii oraz opisują rzeczywistość, w jakiej żył. Z drugiej strony z listów tych jednoznacznie wynika, że owa rzeczywistość dalece wykraczała poza Wiochę Chodaków, czyli Lisią Górę. Korespondencja literacka otwierała Rybowiczowi okno i drogę na świat; „wydeptywał” sobie za pomocą tych listów kontakty ze środowiskiem literackim, otwierał drzwi redakcji, w końcu – krok za krokiem – powodował kolejne publikacje swoich utworów. W jednym z wyżej przytoczonych listów pisze, że z trudem i niechęcią wyprawia się poza Lisią Górę, więc pisanie listów to jego najważniejszy łącznik ze światem.
   Był – jak wynika z lektury korespondencji – hardy! Dopominał się druku, żądał, awanturował, naciskał, zgłaszał pretensje... – w żadnym wypadku ten korespondencyjny wizerunek pisarza nie jest „łagodny”, „aksamitny”. Widać, że miał poczucie swojej literackiej wartości, że wierzył w dobry poziom tego, co pisze. Wykłócał się o swoje „prawo do druku”. I przyznajmy, że gdyby nie jego aktywna w tej mierze postawa, być może wielu redaktorów wrzuciłoby jego wiersze do kosza.
   Równocześnie – co ważne – Rybowicz nie załatwiał tych spraw „na kolanach”. Wściekał się, rzucał pretensjami w ówczesny ustrój, co mogło mu przysporzyć w PRL wrogów i kłopotów.
   Na zakończenie wymowny utwór Jana Rybowicza, który w poetyckiej formie charakteryzuje bohatera tego tekstu:

            Życiorys

            Zacząłem umierać
            26 maja 1949 roku w Koźlu,
            o trzynastej z minutami,
            prawdopodobnie w niedzielę.

            Urodziłem się
            18 listopada 1976 roku w Krakowie
            na łamach "Gazety Krakowskiej".

            Moim ojcem jest William Faulkner.
            Moją matką jest Maria Jasnorzewska - Pawlikowska.
            Ojcem chrzestnym Willy Szekspir,
            zresztą nieżyjący już od około
            trzystu lat.

            Moi bracia,
            odkąd zostali poetami,
            zadzierają nosa.
            Mimo to
            znoszę ich.

            Nasza jedyna siostrzyczka
            odeszła przed kilkoma latami
            do Krainy Wiecznego Pisania.
            Wołaliśmy na nią Halina Poświatowska.

            Moich pozostałych krewnych i pociotków
            nie zdołam chyba wymienić
            wszystkich.
            Kto ciekaw,
            niech zajrzy do słowników pisarzy.
            Najlepiej zacząć alfabetycznie od
            Słownika Pisarzy Angielskich i Amerykańskich.

            Jestem twórcą baniek mydlanych,
            które - podobno -
            są ludziom równie niezbędne
            jak chleb.

 

Małgorzata Lebda

Przypisy:

1. P. Kuncewicz, Leksykon polskich pisarzy współczesnych, Warszawa 1995, s. 196.
2. Z prywatnego listu Grażyny Różyckiej do autorki.
3. Zob. J. Baran, Autor! Autor!, Rozmowy z ludźmi pióra i palety, Warszawa 1986, s. 181–182.
4. Z prywatnego listu Grażyny Różyckiej do autorki.
5. Tamże.
6. J. Rybowicz., Jak zostałem pisarzem, „Nowy Wyraz” 1978, nr 12.
7. Z prywatnego listu Grażyny Różyckiej do autorki.
8. List Jana Rybowicza do Krzysztofa Gąsiorowskiego z 21 marca 1980 roku.
9. J. Baran, Autor! Autor!, op.cit., str. 191.
10. J. Rybowicz, Poezja jest wszystkim!, „Poezja” 1982, nr 2. s. 71.
11. J. Marx, Legendarni i tragiczni, Warszawa 2002, s. 741.
12. J. Baran, Tragarze wyobraźni, Rzeszów 2006, s. 93.
13. L. Bugajski, Strategia ślimaka, Warszawa 1988, s. 60–61.
14. J. Marx., Legendarni i tragiczni. Eseje o polskich poetach przeklętych, Warszawa 2000, cz. I, Warszawa 2002 cz. II. 
15. S. Potępa, Wiersze zebrane Jana Rybowicza, „TEMI” nr 50, 1995, s. 13.
16. Elżbieta Ringer – dziennikarka, do stanu wojennego pracowała w tarnowskim tygodniku „TEMI”; od wielu lat żyje i pracuje w Nowym Jorku.
17. E. Ringer, Muza, „Intuicje przydrożne” nr 2(7) 2004 s. 105 –107.
18. Tamże.
19. Fragment Listu Jana Rybowicza do Ireny Puciło z 18 lutego 1986 roku.
20. Tamże.
21. J. Baran, Tragarze wyobraźni, op.cit., s. 91.
22. Fragment Listu Jana Rybowicza do Marka Wawrzkiewicza z 8 marca 1981 roku.
23 J. Baran, Tragarze wyobraźni, op.cit., s. 87.
24. Fragment listu Jana Rybowicza do Andrzeja Wasilewskiego z 17 listopada 1981 roku.
25. Tamże, z 23 października 1984 roku.
26. Fragment listu Jana Rybowicza do Marka Wawrzkiewicza z 8 marca 1981 roku.
27. Zob. J. Baran, Tragarze wyobraźni, op. cit, s. 88.
28. Fragment listu Jana Rybowicza do Józefa Barana z 25 stycznia 1987 roku.
29. Fragment listu Jana Rybowicza do Ireny Puciło z 29 czerwca 1988 roku.
30. J. Baran, Tragarze wyobraźni, op.cit., s. 92.
31. Smol (pseud), Pamiętajmy o Rybowiczu, http://www.tarnow.net.pl/index.php?pokaz=wiadomosc&id=3060 [dostępna: 02. 02. 2008].
32. J. Marx, Legendarni i tragiczni, op.cit., s. 770–771.
33. J. Baran, Autor! Autor!, op. cit., s. 197.
34. List Jana Rybowicza do Józefa Barana z 30 grudnia 1977 roku.


Wstecz

sylwetka