* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
literatura węgierska, poezja węgierska

o autorze
o tłumaczce
wstecz

Mátyás Sirokai

Wolne przewody

Wysiadam. Ledwo co na nogi.
Nieruchomy gąszcz, psów zgraja.
Aż do krawędzi.
Do utraty pamięci.
Ledwie co jeszcze ludzka miara, bez ludzi.
Z dziąseł horyzontu
na ląd wyległy żagle.
Roześmiani.

W międzyczasie arkady, akademie,
okiem-nie-zmierzone rzędy.
Wolne przewody, krajobraz pod wzmacniacz podpięty.
W cztery plecy wciśnięta:
świszczy kapela pod pochmurnym niebem.

Z betonu, runął na ziemię.
Krajobraz. I radość, rozrzucone kamienie,
na głos skwierczenie. Gorący wiatr.
Wietrzenie.

Osobne czasy.
Nie mówi. Zawsze milczy.
Podobno spisano jego przykazania.
Co, jeśli zgraja źle zrozumiała.
Podarunek. Czy błogosławieństwo.
Ząb za ząb.

 

Stalker

Przyklejony do okna. Ten sam krajobraz z nami płynie,
odkąd opuściliśmy miasto. Rafineria, szereg podupadłych
domów, bujna roślinność na zboczach, parzące się zwierzęta.

Nad horyzontem unosi się, odległy błękit, nad wodami
śródlądowymi unosi się. Spłoszonych ptaków stado, krajobrazu
dusza udomowiona rafinerią, nad błękitem horyzontu krąży

szare stado. Przez okno krajobraz nietknięty, mapa
dzikich wypukłości. Przecinają go szyny, kolejowe
okna-witryny, hamulec bezpieczeństwa, młotek. Zza szyby

nacieram na niego, nie odstępuję. Wodne żyły biegną
po oknie, kilka szczegółów rozbiega się i trafia na zewnątrz,
wybijając okna rafinerii, ściany podobne są

do ziemi. Wybrzusza się, brud pokrywa udomowione
części, po oknie do tyłu kręcą się domy.
Na grzbietach mapy rowy, odgrywając całą drogę

na przód. Głęboko pośród wód śródlądowych chodzę,
fałdy, żyły, hałdy ziemi pod tak zwaną duszą.
Geografia, zupełnie bez ludzi. Wysiadam.

 

Muzyka kameralna

Jeśli wkroczy zbłąkany ojciec,
to powiem,
w sąsiedztwie sama chodzi
fortepianu
ręka, noga.

Posłuchaj, jaki zdolny
chłopiec trójnożny, ile
ma palców w jednej garści.

Jak ja,
gdy gram, właśnie taki.
Tylko wiesz, w sąsiedztwie
szpital jest, ja zaś
nie jestem
chory.

Garnki też łomoczą
Nogi też tupoczą
Ależ to zabawa jest.

W czarnym jak noc dresie
ugina się chory fortepian.
Ja ćwiczę na sobie,
ale on pokój wypełnia.

Zaplącze się w strunach, kto do mnie otworzy.
Przydałaby się teraz matka,
której ubranie bym włożył
i dumnym był
z siebie jak pawian.

 

Błonie Altorji

Pedałujemy ścieżką wzwyż,
zapach opadłych dzikich jabłek znad zbocza.
Okruchy skał pod kołami,
szprychy światło poganiają.
Milczymy, po dwie nogi, po dwa koła,
jedna droga i żwir, co łączy.

Jezioro na powierzchni trzyma krajobraz,
pedałujemy ścieżką wzwyż z doliny na powierzchnię.
Po kolei zaczynasz zdejmować swoje ubranie,
włosy, skórę, nie masz już na sobie nic,
stoję w zmierzchu, sparaliżowany,
jak wystawiony wieszak na ubranie,
sam w sobie wazon. Trzeba by
coś powiedzieć, lecz słowa
na supeł i cicho dzwoni
mi w uchu muzyka nadmiaru,
jestem coraz cięższy,
gdy tak się na mnie zawieszasz.

Nie wiem, co począć z twymi welonami
zwisającymi ze mnie,
w wodzie rozmywają się piwnice
owocowe sady, winnice,
toniemy. Chcę sięgnąć dna,
aż po szczerbate skały,
po oziębły stopień góry,
pedałujemy ścieżką wzwyż,
wiesz, kim jesteś, pytasz
(okruchy skał pod kołami),
nikim, odpowiadasz nam dwojgu.

Nie mogę cię zabrać od siebie,
mówisz, na supeł związują się we mnie słowa.
Będziemy mieli dziecko, i w każde wakacje
wyruszymy do Jeziora, gnamy pod górę
nadmiar zostaje na dole, zanim dojedziemy.

Droga się wznosi, nie dajesz rady pedałować,
zsiadasz, mówisz, nie dam rady dalej.
Niczym nimfa mieni się światło wśród ostatnich
drzew, za tym już jest góry
oziębły stopień, nad omszałym dziąsłem
skał biały, niezrozumiały uśmiech.
Zanim dojedziemy, zostaję sam,
tonę wzwyż, Jezioro trzyma na powierzchni
krajobraz, tu wszystko łatwiej się zagubić może.

Patrzę, co na dole zostawiłem, wątłe krzaki
trzymają się kamieni,
lawiny ruszają ku tobie,
na żwir nadmiar się mieli,
staje się coraz lżejszy.
Coraz lżejszy i bezlitosny bardziej.
Co na dole zostawiam, męcząc
uwalniam się, gubię się, tonę wzwyż,
spod wody zmrużone oczy piwnic,
piwnic twarze, piwnic słowa, znosi mnie
ode mnie, bezpańska boja, tylko raz,
w końcu niczyj, opadłe dzikie jabłko, kwiat bzu,
zapachy znad zbocza, niech tonę
niech tonę wzwyż

 

Mátyás Sirokai
z języka węgierskiego przełożyła Marzena Maria Szepessy Jagielska

Wstecz

literatura węgierska, poezja węgierska