* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
literatura węgierska, poezja węgierska

o autorze
o tłumaczce
wstecz

Marcell Szabó

Znów mam zaczynać z kimś innym

1.

Skądinąd już to znam,
stoisz przy skwierczącym oleju
i niechcący się wygadasz.

Wyglądam na plac, żebyś teraz
czegoś nie wyznała. Młodzi rowerzyści
w żółtych pelerynach, nawet z godzinę,
pedałują ociężale.

Wyobrażam sobie, że ten obraz,
opuszczone głowy i świecąca żółć
zgarbionych pleców, chce być czymś więcej
niż chłodną pracowitością.

Że ten obraz tak po prostu
może upominać, tym, że jest,
jak nierówne bicie dzwonu,
którym należy się zmartwić

Że usiądziesz na przeciwko i powoli
zaczniesz opowiadać w podanej,
misce ziemniaków, co zaświadcza
o czym.

I że z ciężkim sercem, lecz w końcu
zgodzę się też z kimś innym.

 

2.

Jeszcze trwa, ale ty więcej
już się nie pojawiasz.
Wygladam na plac, taki wieczór,
że wstaję i się ubieram.

Słońce o niepewnym promieniu,
to mówię jakby
stojąc na placu zabaw.
Ale na środku wszytko
pięknie wyćwiczone.
I drzewa w kształcie okręgu,
osobnych drzew nawet nie ma,
lub kasztany, jeśli te.

Stąd już dużo nie zostało.
To też już tylko wymijanie.
Jak ławka z cementu, do głowy
mi przychodzi, jaki mógłby być koniec.

 

Kształt uścisku (5)

Po tym wszystkim będę ją tak pamiętał,
jak stoi przed męskim wuce i boi się, śmieje.
Jak średnie kochanie się, w którym
jeszcze pozostał ślad kłótni, ale końca

już nie ma, nie przestaje. Lub
obserwujesz mnie z daleka, daleko w rozmowie
otwierają szampana, piwo, za coś. Żółta
plama, lampy światło, kafelek będę pamiętał.

A silniej coś innego. Taszcząc
uczucie jak worek w jakieś bardziej przewiewne
miejsce, nie z przekonania, a linami
z samego wnętrza, i obserwować, jak wygląda:

obraz na wpół zburzonej prochowni, gdy
kiedyś rankiem będzie przed nią. Stoi tu tak
trochę więcej niż lat dwadzieścia, i nie
wiem, na wpół opuszczona czy uchroniona

 

Kształt uścisku (9)

Może być że nie szyja, ale nagle
bez czynu pozostawiona ręka, co jeszcze
to i owo by chciała, tyle że lepiej skrytymi
drogami, po raz ostatni twe ramię podrapała.

Na trasie pociągu od jednego do drugiego bólu zęba, tak
naturalnie, że właściwie samemu można by ją zapłodnić
O ile łatwiej nazywam siebie teraz też
czymkolwiek, na co wiążą kokardę, powitalną kartkę.

Wchodzi i wyciąga kubek, na parapecie już we dwoje
siedzą. Jedno z mokrymi włosami, drugie z prawą
nogą do piersi podciągniętą wydaje ten sam dźwięk.
Nieco później schodzi i szuka suszarki.

To też, jak mam powiedzieć inaczej, że
nie pies pilnujący słupa, ale w twoich rysach
zalotnym okiem ja patrzyłem na herbatę z pokrzyw.
Najgorzej, dwoje jeszcze znaleźć możesz.

 

Ornette Coleman – transkrypcje (4)

Początek, koniec z czegoś niezdarnego
w wyrobione. Dźwięk klaksonów i
łazienka, od teraz ciągle każe jej
mówić. Chciałem powiedzieć,
że stałem się pogłębiającą kieszenią,
jednak małych samochodzików pełną.

Skomplikowane męki, gdy poranny
mróz nastaje, ale z czasem mrocznych
zniżek udziela. Mogę dostać
jakąkolwiek, do południa się przeciągnie.
Na podwórzu mały stos drewna, nie wychodzi
mi z głowy, że takie może być ostatnie słowo.

Później, jakbym zaglądał pod ciężką przyłbicę,
próbuję wyobrazić sobie twarz twoją. Z takich
obrazów złożone będą zbędne dni.
Stoję przed lusterem, tutaj przywiodło mnie
to ciało, do, przynajmniej dwóch, własnych pomyłek.
Ale całkiem podobnych do ludzi, gdy dam mu zniżkę.

 

Marcell Szabó
z języka węgierskiego przełożyła Marzena Maria Szepessy Jagielska

Wstecz

literatura węgierska, poezja węgierska