* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
literatura czeska, poezja czeska

o autorze
o tłumaczu
wstecz

Petr Štengl

Miejscy artyści wiedzą,

co dla betonu jest najlepsze. Strażnicy miejscy także. Tylko beton tego nie wie,
dlatego chodzi do psychiatry. Nie do wytrzymania pluszowy niedźwiedź ma wściekliznę albo koszmarną depresję, w samoobsługowym, na półce obok cukierków.
Jakaś matka kupi misia swojemu neurotycznemu dziecku wykarmionemu betonem. Więc zaraz pierwszego dnia miś straci oczka. No i co z tego,
depresja jest dużo gorsza od jakiegoś tam oczka. Do zaspokojenia nieodpartej pokusy świetnie nadają się uszka. Po co oczka, kiedy po ciemku i tak nic nie widać, co nie odnosi się do bloków. W nich jeżdżą samochody po suficie. Tak więc mały neurotyk z depresyjnym misiem wsiądą do pierwszego wozu, który się zatrzyma, kierowca wciśnie gaz do dechy i wszyscy rozwalą się na miazgę na najbliższym murze z betonu. I tylko
gdy obmyją go szkockimi biczami z węży, już się na niego rzuci następny artysta ze sprayem.

 

Gazetka ścienna

Na parterze wisi gazetka ścienna. Svozil w końcu się wkurzył i powiesił na niej to:
Ludziska z bloku, nie wkurzajcie mnie tym niedomykaniem
głównych drzwi. Jeśli kogoś zobaczę to skopię mu dupę. Dotyczy to tylko tych, którzy tego
wciąż nie potrafią pojąć. Przecież to nie problem domknąć je. Uświadomcie sobie, że chodzi o nasze bezpieczeństwo przeciwko kradzieżom i bezdomnym. Svozil Czasem spotykam Svozila, przeklinającego przy niezamkniętych drzwiach:
To chyba niemożliwe! Ci ludzie to skończeni idioci!

Czasem spotykam także żonę Svozila. Nigdy nie zamyka drzwi. Ja za każdym razem ukradkiem wieszam na gazetce wiersz tygodnia. Za każdym razem ktoś go zerwie.

 

Bujaj się bujaj

Jeżeli fale, to tylko te telewizyjne. Obmywają mózg. Stąd te okrągłości i rysy.
Okrągłości i rysy. Powtarzaj wciąż: okrągłości i rysy. Nie przestawaj powtarzać. Przełam fale. Patrz, patrz i powtarzaj. To nie szkodzi, że tego nie rozumiesz.
Tego nie da się zrozumieć. Przede wszystkim wciąż powtarzaj: okrągłości i rysy, patrz, patrz. Możesz się przy tym rytmicznie kołysać i śpiewać bujaj się bujaj. Czasem możesz zerknąć i na latarnię morską. Czasem możesz uwierzyć, że pewnego razu przeczytasz tę hałdę książek, która piętrzy się przy twoim łóżku. Może kiedy będziesz leżał ze złamaną nogą. Złamiesz sobie nogę tylko dlatego, żebyś mógł przeczytać książki.
Tego nie da się zrozumieć. Zrób sobie ochronny kask ze staniolu po czekoladzie. Przełamiesz fale. Lecz nie próbuj pływać. Przecież wiesz, że nie mamy żadnego morza. Kiedy roztopią się lodowce i poziom mórz się podniesie, wszyscy będą nosić kaski ochronne z opakowań po czekoladzie. Lecz na razie nikt tego nie rozumie. Nie ma powodu. Bujaj się bujaj.

 

Siedziałem ukryty w krzakach

koło przystanku tramwajowego. W każdej ręce pół litra z drinkiem. Delikatesy na rogu. No i co, zapłacę dopiero jutro. Teraz byłem niewidzialny i siedziałem w krzakach. Ludzie patrzyli przez rzadkie liście mówili sobie: co to za ptaszek? O co mu chodzi? Lecz mnie nie chodziło o nic. Chciałem tylko siedzieć w krzakach koło przystanku tramwajowego, pić w spokoju swoje drinki i być niewidzialny. Dlatego, że na niewidzialnego człowieka nie patrzą ludzie nieprzychylnie. Ponieważ niewidzialny człowiek nikogo nie obchodzi.
Ponieważ nikt o nim nie wie. Ponieważ niewidzialnych ludzi mogą być pełne krzaki koło przystanków tramwajowych. Pełne ulice i mieszkania i w ogóle nikt o nich nie wie. Ponieważ niewidzialni ludzie nie mogą brać w delikatesach na rogu na zeszyt
i nawet głosować nie mogą. Ponieważ na smutnych niewidzialnych pijaków nie czekają w domu smutne żony. O ile
na nich jeszcze ktokolwiek czeka. Reflektory samochodów zaczęły przeszukiwać krzaki, a ja wciąż jeszcze byłem niewidzialny. Półlitrówki puste. Potem przyjechał tramwaj. Pusty. Wsiadłem i pojechałem do domu
do swojej żony, dla której byłem niewidzialny.

 

Wie pan, dzisiaj to jest sama hołota!

Dokąd to ten świat zmierza? Kto wie? Dzieci wciąż piszą do Świętego Mikołaja.
Z chleba powszedniego lepi się małe figurki. Gdy tylko tchnie się w nie życie, już biegną do pracy, już się pieprzą, już się upijają.
Niektóre upadną na twarz, do kałuży, rozpuszczą się i staną się smakołykiem
dla zarażonych gołębi. Nikomu nawet nie przyjdzie na myśl, żeby z ciasta chlebowego ugniatać gołębie, dopóki jeszcze latają.

 

Bardzo stara,

bardzo brzydka. Siadywali razem na schodach. Na wyłysiałym trawniku bawiły się dzieci. Pod schodami roiło się od szczurów. Bała się ich.
Wysiadywali i wygrzewali się na słoneczku. Za każdym razem dosiadał się i tak gadał,
że nieraz nawet się popłakała. I nagle, jakby się nie wiedziało co dalej,
nawet szczury nie wiedziały co dalej, więc na wszelki wypadek wciąż się rozmnażały i schody także nie wiedziały co dalej, więc na wszelki wypadek dokądś prowadziły.

 

Siedzieli w kręgu

i wiedzieli, że są dobrzy. Wzajemnie się oceniali i rzeczywiście byli dobrzy. Czasem ktoś obcy zaczynał chodzić wokół kręgu. Wtedy trochę się ścieśnili
i zrobili miejsce, ale nie za dużo, małą lukę tak w sam raz, żeby ten lisek się zmieścił. Chyba tak po godzinie milczenia, dłużej tego żaden przeważnie nie wytrzymywał, lisek się podnosił i odchodził. Więc znów się trochę rozciągnęli, żeby luka się wypełniła, a byli rzeczywiście dobrzy.

 

Mamut

Niemal każdy ma w zamrażarce swojego mamuta.

Tak zupełnie na pewno niewiadomo,
dlaczego mamuty się zwinęły,
za to zamrażarka to jest rzecz pewna.
Może jedyna, sprawdzona przez mamuta.

Gdzie jesteś mamucie?
Tak woła się do zamrażarki.
Czy to jest życie być w niebycie, mamucie?

Losowe przypadki:
mrożony groch, kukurydza, truskawki.
Maruszko,
niemal każdy dziś się z ciebie i truskawek śmieje
lecz mamut, Maruszko, gdzie jest?

 

Petr Štengl
z języka czeskiego przełożył Franciszek Nastulczyk

Wstecz

literatura czeska, poezja czeska