* POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI * OBROBJA * POBOCZA * KRAJNICE * RUBOVI *
POBOCZA Kwartalnik Literacko - Artystyczny         NR 3-4 (37-38)
         GRUDZIEŃ 2009
         ISSN 1505-1676
literatura serbska, poezja serbska

o autorze
o tłumaczce
wstecz

Srđan V. Tešin

Niezniszczalne wspomnienia znad Adriatyku

Najżywiej pamiętam rodzinne wakacje nad Adriatykiem. Przypominam sobie niezwykłe szczegóły. Wczoraj mój ojciec zanosił się ze śmiechu, gdy przyznałem się, że pamiętam jego kąpielówki w panterkę. Ten banatski dziki lew był niezłym zawodnikiem. Lepiej żebym nie wdawał się w tę opowieść, bo kto wie gdzie nas zaprowadzi. Pierwszy raz byłem nad morzem mając niewiele więcej niż pół roku. Wspomnienia znad Adriatyku nierozerwalnie wiążą się z długą jazdą pomarańczowym samochodem produkcji krajowej: ojciec opuszczał tylnie siedzenie, rozkładał kołdrę, a my z bratem rozsiadaliśmy się niczym lordowie. Matka była odpowiedzialna za panierowany chleb i panierowanego kurczaka. Kiedy w którymś momencie ślimaczo pokonywaliśmy Velebit, przykleił się do nas samochód z niemiecką rejestracją. Wcinaliśmy z bratem udka kurczaka, robiąc miny w stronę kierowcy, który tak się na nas zapatrzył, pewnie głodny, że nie zdążył zahamować i stuknął nas od tyłu. Nie będę tutaj przytaczał słów ojca wypowiedzianych w kiepskim niemieckim. Liczne czarno-białe fotografie świadczą o tym, że lubiłem sam samiutki bawić się w piasku. W tym samym czasie mój brat wlazł na morskiego jeża albo skoczył na główkę i poturbował się. Ja nie byłem aż takim trzpiotem. Prawdopodobnie to właśnie on mi powiedział, jak to nasz wiecznie pijany stryj, który do dzisiaj wypatruje swego losu na dnie kieliszka, przesolił morską wodę. Jak ja się wtedy wystraszyłem o ryby w słonej wodzie! Rodzice i krewni przed dwa dni nie mogli uciszyć moich szlochów z powodu smutnego losu tych morskich stworzeń. To nie jedyny raz, kiedy płakałem nad Adriatykiem. Pamiętam też jak pewien niemiecki płetwonurek – znowu Niemiec! – pokazał mi złowionego przez siebie raka, a ja się bałem, że wrzuci mi go do kąpielówek i zacząłem, ryczeć jakby mnie ze skóry obdzierali. Kiedy nadbiegł mój wytresowany banatski dziki kot, Niemcy omal nie stracili jednego ze swych najlepszych synów w starciu wojennym bez żadnej przyczyny wszczętym nad Adriatykiem. Płakałem także wtedy, gdy mój stryj zbratał się z jakąś niemiecką rodziną – no teraz to już naprawdę dość – i chciał zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z jasnowłosą Hildą i misiowatym Hansem. Nie tylko płakałem, co darłem się w niebogłosy na materacu z myszką Miki: „Nie chcę zdjęcia z okupantem!”. A jak sobie tylko przypomnę żeglowanie po Kornatach! To było coś, co po latach stanie się cennym wspomnieniem z podróży. Wyspa Świętego Rocha, makrela z grilla, wspinanie się na drzewka oliwkowe, krzyk kapitana: Ten mały zaraz wpadnie do morza! Nie jestem pierwszy ani ostatni, dla kogo Adriatyk jest guzikiem odpalającym wspomnienia z dzieciństwa. Moje pierwsze wyjazdy są nieśmiertelne jak kąpielówki ojca w panterkę. Ojciec mówi, że latem malował w nich płot. Ja z kolei dzisiaj rano wytarłem się pod prysznicem ręcznikiem ze starych fotografii rodzinnych znad Adriatyku. Niezniszczalne wspomnienia znad Adriatyku. Niemiecka robota. Aż mi się chce znowu płakać za Niemcami.

 

Pięciogwiazdkowe koszary

Na Visie byłem trzy razy. Pierwszy raz pojechałem z rodzicami na przysięgę do brata, który był w wojsku w Komižy. Po piętnastu latach dwukrotnie uczestniczyłem w kongresie pisarzy w Visie: za pierwszym razem obmyślałem w cieniu palmy, jak by tu po powrocie do domu uwieść wysoką Didonę, pannę Artemidę, moją surową boginię, a już rok później dzieliłem z nią wojskową pryczę w opuszczonych koszarach w mieście Vis. Co ciekawe, o wyspie dowiedziałem się dużo wcześniej zanim nauczyłem się porządnie czytać. Otóż w nowym mieszkaniu, do którego się przeprowadziliśmy, nie było wciąż ubikacji, więc musiałem załatwiać się do nocnika, choć już od dawna było to obrazą dla mej czcigodnej pupy. Siedząc tak sobie blisko linoleum, próbowałem wiernie przerysować do starego notesu mojej matki abstrakcyjne wzorki, w których rozpoznawałem przeróżne kształty. Na pierwszej i drugiej stronie oprawionego w skaj terminarza przyklejono kolorową mapkę Jugosławii. Wyobrażałem sobie, że to mapa wyspy skarbów Stevensona. Jak dzisiaj pamiętam, że zaznaczyłem sobie dwie wyspy na Adriatyku: Vis i Palagružę. No i na jednej z tych wysp ze skarbami wylądował mój brat, po tym jak bezpośrednio przed wyjazdem do wojska wziął udział w bójce, w której jakiś wiejski cwaniak rozbił nos bratankowi burmistrza gminy. Nie potrzeba szczególnej mądrości, by zrozumieć, że mój brat trafił do dywizji karnej piechoty morskiej w najbardziej odległych koszarach Jugosłowiańskiej Narodowej Armii. Na przysięgę wybraliśmy się spakowani jak na wakacje: torby, ręczniki, maski do nurkowania, płetwy, materace, kąpielówki, podkoszulki, sucha kiełbasa, napoje gazowane, pasztety „szkolne”… Autobusem do Belgradu, potem pociągiem do Splitu, a na Vis promem „Lastovo”, na którym zjadłem kanapkę z szynką, jakiej świat nie widział. Na Visie, już w Komižy, czekał na nas jakiś nabzdyczony żołnierz, który pozwolił nam szybko przywitać się z wojskiem i zaraz zaczął nas dzielić: „Mężczyźni tutaj, kobiety tam!”. Razem z ojcem i innymi męskimi członkami rodzin przybyłych na przysięgę zostaliśmy zaprowadzeni do sypialni zastawionej piętrowymi pryczami. Sierżant pokazał nam, gdzie jest łazienka, pożyczył dobrej nocy i oznajmił, że rano obudzi nas wojskowa trąbka. Na sygnał pobudki omal nie pospadaliśmy z łóżek. Najbardziej działali nam z ojcem na nerwy ci szaleńcy, którzy ubzdurali sobie, że znowu są w wojsku, choć ze względu na wiek dawno odebrano im już książeczkę wojskową. Zabrano nas na apel, wysłuchaliśmy całe to: „…oddam swoje życie…”, uroniliśmy łzę i wycałowali brata. Potem sierżant, dzisiaj pełen dobrej woli, zaprowadził nas, żebyśmy sobie obejrzeli pieczarę Tita. Poczułem się, jakbym odkrywał wyspę skarbów z najwcześniejszego dzieciństwa. Później ojciec, matka i brat popijali sobie prošek, słodkie wino w kolibie w Komižy, a ja się z jakiegoś powodu dąsałem i nie chciałem z nimi rozmawiać. Dopóki nie zgłodniałem.

 

Moja jedyna, to morza wina

Nie mam ani jednego zdjęcia ze szkolnych kolonii w Barze, Prčanju i Splicie. Z Bara przywiozłem sobie na pamiątkę miedzioryt przedstawiający mapę miasta z XVII wieku, który ojciec wciąż trzyma nad lodówką. Pamiątki z Prčanja i Splitu nie przetrwały do dzisiaj. Przypominają mi o nich co najwyżej smętne piosenki, które próbują grać na czeskich gitarach pryszczaci młodzieńcy. Z Prčanja wróciłem niczym muzyk jakiejś rockowej kapeli po wielomiesięcznej trasie, bo akurat z kilkoma kolegami ze szkoły założyłem grupę wokalno-instrumentalną. We trzech graliśmy na gitarach akustycznych, a perkusista uderzał w moje krzesło obrotowe. O ile sobie przypominam, było to nie tyle granie, co rzępolenie. Potem do naszego zespołu dołączyła dziewczyna z dyplomem muzycznej szkoły podstawowej. Kochałem ją przez dziesięć okrągłych lat, nie zwracając uwagi na inne. Grała na pianinie i dla nas wszystkich była nieosiągalna. Zawzięcie ćwiczyliśmy i upór popłacił: staliśmy się ulubieńcami w towarzystwie i wszystkich rzucaliśmy na kolana. Występowaliśmy na różnych gitariadach, zwyciężaliśmy, stając się porządnymi muzykami. No i właśnie tacy wyjechaliśmy na wakacje do Splitu, dźwigając ze sobą cały ciężar sławy: chłopacy chcieli nas zamordować, dziewczyny całować. Jak to ze mną zawsze bywa, na opak, udało mi sie bez bicia i całowania dochrapać się małych jędrnych piersi. Moje pierwsze spliciańskie doświadczenie erotyczne (niezgrabne macanki z pryszczatą czternastolatką) miało miejsce pewnego popołudnia, pomiędzy obiadem (rosół, leczo i jabłko) a podwieczorkiem (pajda chleba ze smalcem, posypana solą i ostrą papryką), a przed pójściem na plażę (brudny brzeg z kanciastymi kamiennymi głazami). Nie wiem czy to dlatego, że kręciłem jej brodawkami jakbym conajmniej szukał Radia Belgrad czy też dlatego, że w tamtym czasie miałem bardzo popularną, choć wieśniacką fryzurę z ogonkami, ale rzuciła mnie dla jakiegoś waterpolisty. Do diabła z tym! Najważniejsze, że w Splicie pieściłem najbielsze piersi, jakie można sobie wyobrazić. W gruncie rzeczy byłem bardzo kochliwy, a wszystkie moje miłości były smutne. Cierpiałem i męczyłem się jak nikt nigdy przede mną. Takiego żalu i takiego ciężaru nikt dotąd nie dźwigał na słabowitych barkach. Nikt nie spędził tylu bezsennych nocy tęsknie marząc o swoich kochankach (z zębami mlecznymi i lekką próchnicą, z wągrami na twarzy i plecach, z krzywymi nogami, przysadzistymi pupami i rozdwajającymi się końcówkami włosów). Wspomnienia są jednak zwodnicze: pamiętam do żywego, że kiedyś kochałem je do szaleństwa, a dzisiaj nie mogę poznać na ulicy. Jakby tego było mało, niedawno spotkałem pewną kobietę w swoich najlepszych latach (wygląda jak samolot, tylko brak jej pilota), która zdradziła mi: „Ależ byłam w tobie zakochana, kiedy ze szkołą pojechaliśmy nad morze, a teraz ledwie cię poznałam!”. Moja jedyna, to morza wina – w Barze, Prčanju i Splicie.

 

Srđan V. Tešin
z języka serbskiego przełożyła Agnieszka Łasek
fragmenty powieści W pustyni i w puszczy

Wstecz

literatura serbska, poezja serbska